Onimusha: Way of the Sword to jedna z najlepszych gier obecnej generacji konsol [RECENZJA]
Tegoroczną odsłonę cyklu należy traktować jako miękki reboot: ignoruje wydarzenia fabularne z poprzednich części, układając wszystko od nowa, ale czerpie z nich budowę świata i założenia rozgrywki. Bohaterem zostaje tym razem postać zarówno historyczna, jak i pewnego rodzaju mit – Miyamoto Musashi jest kroczącym drogą miecza wojownikiem, którego na samym początku gry zabijają genmy (tutejsze piekielne potwory), zostaje on jednak ożywiony, otrzymawszy magiczną rękawicę z mocą oni. W ten sposób wraca do świata żywych i staje się centralną postacią w walce o to, by bramy piekła nigdy nie zostały otwarte.
Kim są oni? To także demony, jednak część z nich przyłączyła się do ludzi i stanęła po ich stronie w konflikcie z genmami. Mamy tu zatem przygotowany przez mistrzów horrorów akcji przepiękny świat (RE Engine nie zawodzi) – pełen magii oraz przesiąknięty charakterystyczną górską wilgocią i zielenią, na których to terenach trwa klasyczny konflikt dwóch potężnych sił.

Azjatyckie Zaduszki
Fabuła nie sili się na finezję, służąc przede wszystkim wyjaśnieniu zasad właściwej rozgrywki. Otrzymujemy nadludzką moc i poznajemy strażnika wrót do piekła. Tak bardzo jednak zajmuje go pilnowanie rzeczonych odrzwi, że to właśnie my musimy biegać po świecie i eliminować genmy. Demony sieją terror wśród ludzi, na ulicach zalegają trupy, a główny zły okazuje się tak złowieszczy, jak to tylko możliwe.
Drużyna stojąca po naszej stronie i ekipa łotrów to prawdziwa galeria charakterów, ożywiających każdą ze scen przerywnikowych. Dzięki temu, że główny wątek nie został przeładowany treścią i nie sili się na ukrywanie swojej prostoty, twórcy znaleźli więcej czasu na dialogi, relacje i obserwowanie ciekawych zależności między bohaterami, których się lubi i o których się pamięta. Świetna z nich gromadka – ich designerzy naprawdę się popisali, każdy na pewno znajdzie tu swojego ulubieńca.

Serce Onimushy stanowi akcja. Choć główny hub gry to wschodnie Kioto (tutaj mamy bazę), gdzie możemy biegać po ulicach i otrzymywać dodatkowe zadania od mieszkańców oraz szukać skarbów, większość zabawy odbywa się w świątyniach, lasach, jaskiniach i zamkach – o dość korytarzowej strukturze. Oczywiście przede wszystkim walczymy, choć nie brakuje drobnych zagadek środowiskowych czy szukania drogi do celu na nieco większych terenach. I w tym miejscu na plan główny wysuwa się topowa reżyseria gry. Etapy cały czas utrzymują tempo, a graficy mogli się przy nich popisać i pochwalić kunsztem. Lasy bambusowe, blask księżyca, oświetlone żywym ogniem tunele czy zabłocone ścieżki wyglądają naprawdę wspaniale, jakby były wyjęte z kinowej superprodukcji.

Droga miecza
Walka oparta jest na przełamywaniu gardy przeciwników, co robimy, łącząc lekki i mocny atak. W tym, by jak najszybciej przebić się przez blok wroga (kluczowe przy bossach), pomaga odbijanie jego ciosów w punkt, choć mamy jeszcze trzy inne patenty na uporanie się z oponentem: unik, parowanie i firmowy znak serii, czyli atak issen. Ten ostatni polega na tym, że wciskamy dany przycisk w idealnym momencie, by od razu skontrować cios nieprzyjaciela potężnym cięciem. To najszybszy i najbardziej ryzykowny sposób, aby oczyścić planszę z otaczających nas niemilców albo zdominować większego demona.
Musashi korzysta z przedmiotów leczących i pomocniczych, może też co jakiś czas używać boskich broni (łącznie sześć do zebrania), a wraz z rozwojem gry zyskuje także zdolność przemiany w tytułowego Onimushę, gdy przez chwilę zadaje mocniejsze ciosy, a sam uodparnia się na ataki przeciwników. Pokonane genmy latają w powietrzu, przedstawione jako kolorowe dusze, które wchłania nasza magiczna rękawica, napełniając w ten sposób różne wskaźniki.

Najważniejsze jest to, że w tym przepięknie wykonanym świecie pojedynki sprawiają szczerą radość. Aż chce się doświadczać kolejnych potyczek dzięki doskonałym animacjom, krwawym cięciom, dekapitacjom i efektownym kontratakom wykonywanym przez Musashiego. Prawdziwy z niego rzeźnik i potrzeba naprawdę wielu oponentów, by wystawić go na próbę. Capcom stopniowo wprowadza kolejne rodzaje przeciwników, a genmy, które później spotykamy, potrafią mieć pancerze, okrążać nas, łapać, kopać, zaskakiwać, wykonywać ataki przełamujące blok itd. Z pojedynczymi delikwentami nigdy nie ma problemu – szkopuł tkwi w tym, że zwykle nacierają w grupach.

Dla mnie Way of the Sword pozostaje przede wszystkim ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałem się podlanej odrobiną horroru niezobowiązującej sieczki demonów i poniekąd to właśnie otrzymałem, niemniej jednocześnie w moje ręce wpadła jedna z najlepszych gier Capcomu ostatnich lat. Aczkolwiek pamiętajmy, że ten producent i tak bardzo rzadko wypuszcza rzeczy gorszej jakości, a tylko w tym roku dostarczył już świetnego Resident Evila: Requiem oraz udaną Pragmatę.
Żeby było śmiesznej, dorzucę, iż to właśnie najnowszego Onimushę uważam za najlepszy tytuł Capcomu wydany w 2026. Bawiłem się tu doprawdy doskonale. Z zaciekawieniem obserwowałem jak Miyamoto Musashi z trudem balansuje na granicy geniuszu (chodzi o umiejętność władania mieczem) oraz głupoty (chłop często nie umie poradzić sobie we względnie prozaicznych sytuacjach). Krótko mówiąc, nie byłem w stanie nie polubić tutejszego samuraja z przerostem ego. Na szczęście bohater dojrzewa podczas ponad 30-godzinnej przygody, więc z czasem sympatyzowałem z nim jeszcze bardziej.
Najważniejszy pozostaje jednak system walki. Ten jest doprawdy magiczny: złożony, acz względnie przejrzysty, łatwy w przyswojeniu, ale wymagający godzin praktyki, by dojść do perfekcji. Gdy wreszcie uda się go oswoić, robi się cholernie satysfakcjonująco. Każde starcie cieszy, pojedynki nie trącą nudą, zaś bogata galeria bossów kusi, by wtłuc im choćby jeszcze jeden raz (co zresztą jest możliwe w przyjemnie poprowadzonym trybie treningowym).
Onimusha: Way of the Sword to niespodziewana rewelacja, a przy tym gra uroczo oldskulowa. Taka z tunelowymi przejściami i fikcyjnymi ścianami, odblokowującymi dalszy fragment terenu zaraz po rozwaleniu okolicznych niemilców. Nic tu nie jest wykonane na siłę bądź od czapy, wszystko do siebie pasuje. Tak właśnie powinno się robić rebooty!
OCENA: 9

Złoty róg
Way of the Sword gatunkowo najbliżej do brawlera (tylko z mieczem zamiast gołych rąk) w wielkim świecie. Zdecydowanie nie jest to soulslike, nie posiada też wielu ekstrawaganckich elementów typowego character action game (jak Bayonetta czy Devil May Cry). To tytuł, w którym czerpiemy frajdę z cięć i bycia potężnym samurajem, przechodząc kolejne plansze w agresywnym stylu z okazjonalnym zatrzymaniem się na kilka podejść do niektórych bossów.
Walki z „szefami” przede wszystkim testują to, czy udało się nam dobrze opanować parowanie i unikanie ciosów. A gdyby ktoś miał z tym problem, domyślnie gra ma włączone podpowiedzi dotyczące tego, jaki rodzaj ataku zmierza w naszą stronę (na reakcję wciąż jest mało czasu, ale to i tak spora pomoc).

Na starcie otrzymujemy podstawowy wybór pomiędzy poziomem trudności skupionym na fabule lub na akcji (przy każdym punkcie zapisu da się to zmienić). Ten drugi nadal jest przez większość czasu bezproblemowy, co może trochę zrazić osoby szukające wyzwania. W trybie fabularnym ułatwienia są mocno odczuwalne, oponenci rzadko atakują i trzeba się bardzo postarać, żeby zginąć. Niemniej poza tym, że gra przez większość czasu okazuje się zbyt łatwa, ciężko jej postawić jakikolwiek inny zarzut… najwyższy, najciekawszy poziom trudności odblokowuje się dopiero po pierwszym przejściu całości.
Animacje i to, z jaką przyjemnością przecina się kolejnych sługusów piekła, są niezrównane. Onimusha w tych momentach wraca do swoich korzeni, odchodząc całkowicie od bycia „Resident Evilem w feudalnej Japonii” na rzecz podszytej makabrą fantazji totalnej o magicznych wojownikach kroczących samotnie po górskich szlakach. Rzeczy niesamowite, przerysowane i absolutnie w konwencji bohaterskiego komiksu nabierają tutaj dodatkowych rumieńców dzięki szczegółowej, bliskiej realizmowi oprawie i popowej wersji brutalnych japońskich legend.

Samurai Fantasy VII
Musashi robi dziwne miny, jest często zmęczony i niezadowolony, ale odznacza się czystą chęcią do doskonalenia swojego stylu walki – od razu staje się postacią, którą się lubi i której się kibicuje. Capcom, dysponując doskonałą technologią, nie poszedł na łatwiznę i dostarczył spory kawałek półotwartego świata, a także dodatkowe misje – zawartości wystarczy na ponad 30 godzin (zaliczając tylko główny wątek – na jakieś 22–23), a już zwłaszcza gdy chcemy wszystko znaleźć i wymaksować.
Największą atrakcją okazuje się jednak kinetyczna, płynna i efektowna walka, która odbywa się bez skoków, ślizgów czy turlania się po ziemi. Jak prawdziwi samuraje przyjmujemy pozę i czekamy na okno do ataku oraz sposobność do kontry, odbicia wrogiego miecza czy też wytrącenia przeciwnika z równowagi. A potem już tylko patrzymy, jak odpadają kolejne demoniczne kończyny.

To tytuł łączący fanów serii i osoby dopiero planujące rozpocząć z nią przygodę. Godny nowy początek i bardzo dopracowana, przemyślana produkcja AAA, w której widać nie tylko budżet, ale i lata doświadczenia twórców. Onimusha: Way of the Sword zapewni wam wielką podróż i sporo niezapomnianych chwil. Szukanie w niej wad to proszenie, by rzeczy, które robi dobrze, robiła jeszcze lepiej. Dla tęskniących za grami o samotnych wojownikach wycinających plugastwo mieczem to zdecydowanie pozycja obowiązkowa i jeden z najlepszych tytułów nie tylko tego roku, ale i obecnej generacji.
W Onimushę: Way of the Sword graliśmy na PS5.
OCENA: 9+
PODSUMOWANIE: Onimusha powrócił i jest gotów sięgać po najwyższe laury. Zawartość, jakość, zabawa – tutaj macie to wszystko.
PLUSY:
- mięsista, oferująca wiele różnych możliwości walka;
- zapadające w pamięć postacie, także łotrów;
- przepiękny świat;
- długi jak na gry akcji czas zabawy.
MINUSY:
- trochę zbyt łatwa, często brakuje wyzwania.