Duke Nukem 3D po 30 latach jest zbyt kontrowersyjny i szczeniacki, ale to wciąż znakomity boomer shooter

Duke Nukem 3D po 30 latach jest zbyt kontrowersyjny i szczeniacki, ale to wciąż znakomity boomer shooter
Dziś Duke Nukem 3D raczej nie ukazałby się w głównym nurcie, ale to wciąż kawał grywalnego kodu, który działa nie tylko ze względu na figurę protagonisty.

Duke Nukem 3D skończył 30 lat. Poważny wiek. Na tym etapie wielu z nas ma już kredyt, psiecko albo chociaż względnie zaleczoną depresję i średnie perspektywy na przyszłość. Z Atomowym Księciem rzeczywistość obeszła się gorzej. W wieku dojrzałym musi zmagać się z dziedzictwem Forever, które okazało się produkcją szorującą po dnie kategorii średniaków. Na szczęście nawet po trzech dekadach wspomnienie dni chwały pozostaje żywe w sercach graczy dzięki Duke Nukem 3D. To nie tylko kawał gamingowej historii, ale też tytuł również teraz – mimo pikselozy i pozornej archaiczności – robiący niezłe wrażenie. Nie wiem jedynie, czy dziś by zażarł, czy zostałby zeżarty.

Książę swoich czasów

Skąd moja wątpliwość? Cóż, po latach nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zarówno Duke Nukem 3D, jak i poprzedzające go platformówki z Księciem to żarty – często seksistowskie i głupawe – które trafiły w odpowiedni czas i środowisko. Na podatny grunt. Testosteronowy wyszczerz gry bronił się dzięki szczeniackiej charyzmie, pewności siebie i maniakalnej, przekornej energii, jakiej zabrakło w Forever.

Duke Nukem 3D

DN3D zadebiutował w 1996 roku. Hollywood przechodziło już na ironiczny stosunek do twardzieli pokroju Arniego („Terminatora” zastąpiły „Prawdziwe kłamstwa”), ale odbiorcy dalej lubili konwencję przegiętego akcyjniaka o herosie z mięśniami wielkości mikroapartamentu. Komputery pozwalały na coraz więcej w departamencie grafiki, więc na oczach graczy kwitły kolejne, coraz śmielsze dzieci Dooma i Wolfensteina 3D.

Coś więcej (?)…

Odbiorcom Duke Nukem 3D zaaplikowano wysokooktanową miksturę testosteronu, adrenaliny i sztubackiego humoru. Gra stanowiła list miłosny do filmów akcji z przełomu lat 80. i 90. i jednocześnie ich parodię. Książę to amalgamat poczciwych mięśniaków w stylu Arnolda Schwarzeneggera, Sylvestra Stallone’a czy Dolpha Lundgrena. Przeżuwał drut kolczasty, pluł pociskami i bezczelnymi one-linerami. Leciał na sterydach, rzucał się do boju przeciw zmutowanym dzikom i innym zwierzętom, ratował damy i walczył o ocalenie świata.

Duke Nukem 3D

Pruliśmy do przodu przez poziomy w klimacie ówczesnych hitów kinowych, strzelaliśmy z epickich giwer, tu i tam mogliśmy zobaczyć rozpikselowane nagie damy (dziś tak przedmiotowe podejście raczej by nie dostało zielonego światła w dużym studiu) – no czego tu nie kochać, jeśli jest się nastoletnim lub boomerskim graczem? Uwielbiano to, często bezrefleksyjnie. Jednocześnie, mimo arogancji Duke’a i seksistowskich odzywek, było coś pociesznego w tym egocentrycznym cymbale rzucającym teksty jak z odrzutów po „Predatorze” (pomagała też charyzma Jona St. Johna).

Książę toruje drogę Half-Life’owi

Z jednej strony za szczątkową narracją – opartą na paru przerywnikach filmowych, informacjach schowanych pod opcją „Help” w menu głównym oraz oczywiście one-linerach Duke’a – kryło się trochę satyry i rebelianckiej natury (obecność policjantów-świń raczej nie jest przypadkowa…). Z drugiej strony pod kostiumem parodii i hołdu dla FPS-ów czaiła się całkiem ambitna, jak na owe czasy, gra. Zaryzykuję stwierdzenie, że to produkcje pokroju DN3D wepchnęły nas w objęcia przełomowych pierwszoosobowych strzelanek – Half-Life’a i Unreala. Duke przyzwyczajał graczy, że w gatunku można sobie pozwolić na trochę więcej.

Jasne, już wcześniej powstawały immersive simy w stylu System Shocka, ale główny nurt shooterów trzeba było wzbogacać od innej strony. Duke Nukem 3D postawił na rozbudowane, jak na tamte czasy, interakcje z otoczeniem. Mogliśmy bawić się rozmaitymi obiektami (włączniki światła), robić demolkę (np. rozwalenie hydrantu zapewniało nam trochę regeneracji punktów życia), a także korzystać z całkiem rozbudowanego ekwipunku (sterydy zwiększające prędkość, hologram rozpraszający wrogów, przenośna apteczka, ochronne buty pomagające przejść przez toksyczne powierzchnie czy napiwki dla zainteresowanych interakcjami z enpecami…).

Duke Nukem 3D

W dodatku poziomy imponowały złożonością. Z jednej strony trzymały klimat filmowych miejscówek, z drugiej – skonstruowano je jak zgrabnie połączone labirynty dające poczucie obcowania z większą przestrzenią, niż są w istocie. Poupychano tam sporą liczbę sekretów (w lwiej części przydatnych), znajdziek i tajnych przejść, wertykalność lokacji robiła wrażenie, a dziś wciąż wpasowuje się w przyjemny standard.

Całkiem kreatywnie 3D Realms podeszło też do broni – nie dość, że trzymały klimat porządnego akcyjniaka, to jeszcze faktycznie zapewniały zróżnicowaną rozgrywkę. Obok klasyków takich jak shotgun, pistolet i rakietnica mieliśmy rakietnicę podwójną (przydatną na bossy) czy działko pomniejszające. Każdy szanujący się fan Duke’a choć raz rozdeptał skurczonego „pig copa”. Sporo frajdy generowała też zabawa innymi przedmiotami, przede wszystkim plecakiem, ułatwiającym eksplorację i w ograniczonym stopniu walkę.

Duke Nukem 3D

Duke Nukem 3D wciąż się broni!

I wiecie co? To wszystko działa całkiem nieźle do dziś. Jasne, grafika to oldskulowa pikseloza, w której po trójwymiarowych lokacjach poruszają się sprite’owe potworki, ale to ma swój czar i nie odstaje (może poza oświetleniem i liczbą obiektów na mapach) wizualnie od współczesnych boomer shooterów, jak rodzimy Project Warlock. Owszem, takie Turbo Overkill potrafiło rozbudować rozgrywkę o doomową wertykalność i kinetyczność ruchu, lecz „książęcy” gameplay wciąż bawi.

Co prawda jest nieco prostszy od nowocześniejszej konkurencji, ale pozostaje świeży i dynamiczny. Spluwy mają porządny wygar i czuć, że to giwery jak z filmu akcji, jakby urywały łapę. Szperanie po lokacjach daje sporą satysfakcję, bo sekrety we wszelkich „bocznych uliczkach” nagradzają, a walka do najłatwiejszych nie należy. No, przeciwnicy na poziomie wyższym niż „Piece of Cake” potrafią kopać tyłki. Tak jak Duke w całej grze. Jasne, produkcja miała pewne ograniczenia (np. kamerę mogliśmy pochylić tylko do określonego kąta), ale aż tak bardzo to nie przeszkadza.

DN3D uczył i baw… nie, to był czysty eskapizm, szczeniacki popis uszyty na miarę końcówki wieku i sentymentów, jakie wtedy panowały w kinie. A jednocześnie trafiał do widzów nurtu, który powoli przemijał – mimo że z tego typu akcyjniaków przecież szydził. Ale szydził z miłością!

Duke Nukem 3D

Do tego stopnia, iż Duke stał się jedną z ikon gamingu – raz, że te wszystkie „poboczne” bajery stanowiły mały przełom, a dwa, że większy niż życie, przepompowany przesadą mięśniak wtedy jeszcze bawił i pasował do ogólnego klimatu. Nukem wygenerował spory szał, robił za punkt odniesienia. Na tyle, że np. Megadeth, które po sukcesach „Rust in Peace”, „Countdown to Extinction”, „Youthanasii” i „Cryptic Writings” stało na szczycie metalowego świata, nagrało pamiętną wersję motywu przewodniego.

Książę doczekał się też komiksu, kilkukrotnie zanosiło się na ekranizację – ostatni raz do roli przymierzał się John Cena (i biorąc pod uwagę jego spory talent komediowy i aktorski, to mógłby być całkiem celny strzał). Adi Shankar produkuje zaś coś, co określa jako „wierną adaptację” w formie serialu animowanego – i tu trochę się boję. Jego studiu czasem wychodzą perełki, jak pierwsza „Castlevania”, ale już „Devil May Cry” to „tylko i aż” przyjemny średniak, a „Castlevania: Nocturne” okazała się paździerzem w pięknym opakowaniu.

Duke Nukem 3D

Always bet on Duke?

Cóż, miejmy nadzieję, że to pozwoli rozbujać żywot Księcia na nowo, że przypomni o nim odbiorcom. Zwłaszcza że fani pichcą Duke Nukem Forever: Restoration Project oparty na buildzie z 2001 roku – i zapowiada się pysznie, czekam na finalną wersję. Oficjalny następca raz jest w planach Randy’ego Pitchforda, raz znika w oparach zaprzeczeń. Szkoda, bo wydaje mi się, że i dziś, przy odpowiednim pisarskim wyczuciu i odrobinie autorefleksji (szczególnie w kwestii wątków kobiecych…), Duke dawałby radę, jeśli tylko ktoś z decydentów przekonałby się do niego mimo porażki DNF (choć nie wiem, czy akurat Gearbox wciąż miałby siłę taką historię opowiedzieć – ostatnia przegięta fabuła, która naprawdę działała, kręciła się u niego wokół Handsome Jacka w Borderlands 2 i The Pre-Sequelu).

Na szczęście wciąż można ograć 20th Anniversary World Tour z dodatkowym epizodem (co ciekawe, innym niż słaby „bonus” z wersji na PS1). W międzyczasie pojawiło się kilku epigonów, z których najlepiej radził sobie Serious Sam – ale, choć uwielbiam tę chorwacką odpowiedź na Duke’a, to jednak nie to samo co blondwłosy obrońca klubów ze striptizem. I chyba na jego powrót oraz odpowiedni kontekst jeszcze sobie poczekamy. Lecz na Duke Nukem 3D nadal można polegać.

10 odpowiedzi do “Duke Nukem 3D po 30 latach jest zbyt kontrowersyjny i szczeniacki, ale to wciąż znakomity boomer shooter”

  1. MisiuZbychu 8 lutego 2026 o 12:12

    Jak oceniasz dzielo sprzed lat to uwzgledniaj kontekstu historyczny, kulturalny i spoleczeny z tamtego okresu.
    Wtedy byla wieksza wolnosc slowa, a gaming byl skierowany do mezczyznz, stad takie, a nie inne teksty i obraz kobiet.

    To, ze dzisiaj szaleje woke z feminizmem i przerabiaja wszystko na czarne nie liczac sie z estetyką czy logika, to inna rzecz.

    Moze za 30 lat ci co jeszcze bedą zyć, albo ci co przyjdą po nas, też beda pisać, ze wspolczene gry woke były nasaczone nadmierna poprawnoscia polityczna, agresywnym feminizmem i rasizmem wobec bialych i nienawiscia dla normalnych rodzin i spokojnego ladu społecznego.

    Tak samo w kinematografii, dzisiaj juz by Cyrk Monthy Pythona nie mogł powstac, tak samo świat wg Bundich, a nawet jak puszczaja na eska tv to cenzuruje lektor szowinistyczne wypowiedzi.

    Gdzie wolnosc w tym wszystkim?

    • Ta gra była autoironiczna, ale nie zrozumiałeś. W tamtych czasach mięłaś do tego prawo, ale że z czasem nie przyszła refleksja, to już gorzej…
      Szaleje nie woke i feminizm, tylko odmóżdżony prawicowy ekstremizm, którego wyznawcy czują się zniewoleni tym, że nie mogą rzucać kamieniami w przypadkowo napotkaną na ulicy osobę nieheteronormatywną.

      • „Szaleje nie woke i feminizm”

        Widać to zwłaszcza po przemyśle rozrywkowym, malutki psycholku.

      • MisiuZbychu 8 lutego 2026 o 15:39

        Wlasnie szaleje to co piszesz. Zyje w katolandzie juz prawie pół wieku i nikt nigdy w geja czy lesbe nie rzucił kamieniem, ani nie rzuci, bo ma wazniejsze sprawy na glowie.
        Malo tego tolerancja u nas jest za duza, bo nagle mniejszosci nam wszystkim na glowe powchodzily i nas zaczynaja gnebic, a to juz zgody nie ma.
        Zreszta owoce tego woke juz widzimy w ilosci slubow i narodzic dzieci, epidemii samotnosci, wzrostu samobojstw i generalnie dominujacego egoizmu.
        Dobrze maja tylko zwierzeta domowe, bo dbaja o nie bardziej niz o ludzi.
        Sam mam juz dwa koty, ale dziecko tez mam juz nastoletnie, wiec kolejnosc prawidlowa, a nie najpierw zwierz, a pozniej to do czego zostalismy powolani.
        Natura nie powolala nas do zasmiecania planeta konsumpcja, ale wlasnie do pomostwa, odchowania go.
        Oczywiście krzywcza te media wokowskie, ze nieeee, rodzina to bleee, licze sie ja i konsumpcja.
        Diabel klaska uszami, ale to jego agenda.
        Jakosc Żydzi rozmnażaja sie bardzo dynamicznie mimo, ze zyja nowoczesnie i na bardzo bogato. Tylko, ze tam nie ma miejsca na woje debilizmy i rodzina jak i obowiazki wobec domu i rodziny jak i wspolnoty sa na pierwszym miejscu.
        Dla mnie to wzor do nasladowania.

    • @MisiuZbychu Totalnie nie wyłapałeś konwencji. Przecież Duke nawet te 30 lat temu to była zgrywa z toksycznej męskości i samców alfa. I tak jak pisze @Mosparko – głośno krzyczy plemię chłopskiego rozumku, których aż świerzbi, by dla sobie odmiennych utworzyć obozy i łagry.

  2. „Gdzie wolnosc w tym wszystkim?”
    Czyt „G
    gdzie moja wolnosc do ograniczania innym wolnosci ekspresji, przez co musze teraz zyc ze świadomością, ze oprocz mnie – bialego hetero mężczyzny – istnieją tez inni ludzie 🙁”

    Matko, to jojczenie jest starsze od Duke’a, a w momencie gdy to wasza opcja jest politycznie na wierzchu na świecie staje sie tym bardziej zalosne. Macie juz, co chcieliscie, bija murzynow i arabow, aborcja nielegalna, zwiazkow partnerskich nie ma i nie bedzie, a wy ciagle wyjecie, ze zle i was prześladują.

  3. Nie powiem, zobaczylbym wspolczesna wersje Duke’a, ale też mam wątpliwości czy Gearbox by to uciagnal. Pytanie czy taka postać jest nam teraz potrzebna, moze za kilka lat, gdy klimat sie zmieni, bedzie to mialo wiecej sensu i potencjału.

    • Może byłaby potrzebna, bo siłą rzeczy byłaby pewnym rozliczeniem przeszłości. Choć gra od samego początku była mocno autoironiczna, wiele osób (zwłaszcza nastoletnich) podchodziło do tej postaci na poważnie, niektórzy nadal…
      A czy kipiący testosteronem mięśniak się przeżył? Starczy spojrzeć na produkcję Marvela, żeby wiedzieć , że wciąż ma się dobrze. Co więcej, Duke się z tego nabijał, a herosi Marvela są coraz bardziej na poważnie…

      • Tak, to właśnie miałem na mysli – taka postać to humorystyczne rozliczenie, a właśnie jesteśmy w raczej natężonym momencie neotestosteronu. Pęknie, wiadomo, ale jeszcze trzeba poczekać, żeby Duke Wskrzeszony uderzył w odpowiednie tony.

    • Dzisiaj autoironiczny Duke nie przejdzie moim zdaniem. Autoironia to niestety powszechnie niezrozumiałe działo ciężkiego kalibru = brak sprzedaży/potencjału komercyjnego.

Skomentuj Krzycztow Anuluj pisanie odpowiedzi