The Blood of Dawnwalker pod ostrzałem japońskich graczy. Powodem ostra cenzura
Rebel Wolves wystartowało w świetnym stylu – średnia 83 punktów na Metacriticu i jak do tej pory, 74% pozytywnych recenzji na Steamie przy ponad półtora tysiąca głosów. Bardzo spokojna premiera jak na obecne czasy. No… chyba, że jesteście Japończykami, wtedy dostaliście inny produkt niż reszta świata. W Kraju Kwitnącej Wiśni cenzura ma się dobrze.
Po ustawieniu na karcie sklepowej Steama filtra językowego na japoński dostajemy masę negatywnych recenzji, a nawet pozytywna jest... negatywna. W opiniach nie ma zarzutów o jakość gry, tylko o fakt, że japońska wersja została pocięta i to tak zgrabnie, że nie popłynęła ani kropla krwi. Dosłownie. The Blood of Dawnwalker w Tokio jest bezkrwawy jak karkówka, którą wujek zostawił zbyt długo na grillu.
Najpierw kontekst, bo wydawca był tak miły, że sam o tym powiedział. Na japońskiej stronie The Blood of Dawnwalker Bandai Namco prowadzi całą sekcję poświęconą różnicom względem wersji zagranicznej. Wymienia w niej dodanie bielizny nagim postaciom kobiecym, zmiany części scen o charakterze seksualnym i zmiany w przedstawianiu krwi w walce, brutalnej przemocy, okrucieństwa, scen śmierci, groteskowego wyglądu części postaci oraz przekrojów odciętych ciał.
Z gry o wąpierzach, która ma w nazwie „krew”, wycięto juchę. Jeden z japońskich graczy podsumował to nawet stwierdzeniem, że nie rozumie, dlaczego dzieje się to w tytule o wampirach. Inny zauważył sucho, że może warto przypomnieć, jaki tytuł nosi ta produkcja.
Najbardziej boli graczy jednak porównanie z Wiedźminem 3: tamta gra wyszła w Japonii z niemal identyczną listą zmian, ale krew nadal była czerwona, a ucinanie głów działało jak powinno. Dekadę później studio z wiedźmińskim rodowodem musi zaprezentować wersję uboższą. Do tego japońska wersja na PC była całkowicie nieocenzurowana i to ją polecano wszystkim, którym przeszkadzała cenzura. Teraz jednak ta opcja przestała istnieć. Jeden z graczy pisał nawet, że po to wybrał Dawnwalkera na PC, żeby uniknąć autocenzury.
Tu leży pies pogrzebany: Japończycy nie mówią o cenzurze państwowej, używają tego oznaczającego autocenzurę, czyli decyzję wydawcy. Gra ma rating CERO Z, najwyższy możliwy w Japonii. Jednak Bandai Namco postanowiło zachowawczo wyciąć z niej jak najwięcej problematyczne treści, żeby nie było takiego problemu jak miał Krafton z Callisto Protocol, który musiał odwołać japońską premierę, bo gracze nie dostaliby „pełnego doświadczenia”. Wydawca jest zdania, że lepiej wyciąć za dużo, niż za mało.

O tym, dlaczego tak jest właśnie w Japonii, musiałabym chyba napisać felieton (albo całą pracę magisterską), ale w skrócie: przepisy, na mocy których gry trafiają do Japonii do kategorii szkodliwych publikacji pisano w latach pięćdziesiątych z myślą o mangach (w 1955 roku palono komiksy na szkolnych dziedzińcach). Gry są gościem w tej kategorii.
Biedni Japończycy, ale sami to sobie ugotowali – bezkrwawo i bez smaku.
