Resident Evil to jedna z najlepszych adaptacji gier, choć to horror nie tylko dla graczy [RECENZJA]
Żeby rozwiać ewentualne wątpliwości zaznaczam, iż celowo nie biorę w tym miejscu pod uwagę seriali – takich jak chociażby Fallouta czy pierwszy sezon The Last of Us. Stworzenie podwalin pod dany świat przedstawiony za pomocą odcinków rządzi się przecież zgoła różnymi prawami niż skrojenie zwartej historii pokazywanej w multipleksach. Uff, zabrzmiało poważnie. Pora na chwilę oddechu.
Kończysz zmianę? Jedź do domu
Dobra, zacznijmy od początku. „Resident Evil” wrzuca nas w wir tutejszych wydarzeń znienacka i bez zapowiedzi. Nie otrzymujemy też żadnych wytłumaczeń, tak więc od razu zapomnijcie o jakimś konkretniejszym wprowadzeniu fabularnym. Bryana, czyli bohatera tej opowieści, poznajemy w szpitalu. Wiemy jedynie, iż ten sympatyczny, ale też nieco roztrzepany młodzian jest kurierem dostarczającym organy.
Od fajrantu dzieli go jedynie jeden bazgroł postawiony na świstku papieru – chodzi o zwyczajne pokwitowanie odbioru paczki. Natężenie działań w placówce powoduje obsuwę w procesie pozyskania „autografu” lekarza dyżurnego. Wtenczas pewna wyraźnie zestresowana pani doktor oferuje protagoniście dodatkowy, specjalny kurs, tym razem za podwójną stawkę. Cóż, kasa piechotą nie chodzi, grzechem byłoby zatem odpuszczenie takiej okazji.

Sęk w tym, że pakunek należało przewieźć nocą do leżącego w górach Racoon City, na zewnątrz szalała śnieżyca, a lokalne drogi zdążył skuć lód. Co mogło pójść źle w aucie nieprzystosowanym do tak nieprzystępnych warunków? Absolutnie wszystko, aczkolwiek skuszony łatwą kasą Bryan postanowił zaryzykować. I naprawdę szybko przyszło mu się zorientować, jak ogromny błąd popełnił.
Alone in the Dark
Akcja na dobre rozkręca się w momencie, w którym dostawca narządów potrąca kobietę. Co ciekawe, zdarzenie ma miejsce głęboko w lesie, gdzie nikt nie spodziewałby się jakiejkolwiek żywej duszy. Zszokowany chłopak wysiada z auta, by udzielić pomocy poszkodowanej, aczkolwiek przebywanie w jej towarzystwie staje się coraz bardziej niepokojące. A chwilę później śmiertelnie niebezpiecznie.
Jest ciemno i głucho, na domiar złego wieje jak w kieleckim. Kamera nie odstępuje Bryana o krok. Wciela się w niego Austin Abrams, znany między innymi ze świetnej kreacji uzależnionego od narkotyków Jamesa ze „Zniknięć”. Z pechowym kurierem zostajemy sam na sam niemalże przez cały film, co pogłębia znane z produkcji Capcomu wrażenia zaszczucia i osamotnienia. Naprawdę cieszę się, iż już w tym miejscu mogę z nieskrywaną radością napisać o dotrzymaniu obietnicy zapewnienia wrażeń niczym z gry wideo. Co więcej, zastosowanie pewnych zabiegów wypadło nad wyraz dobrze.

Tak czy siak, problemy protagonisty zaczynają pędzić niczym efekt kuli śnieżnej. W lesie zasięgu brak, smartfon przydaje się zatem wyłącznie w charakterze latarki. Dorzucę jeszcze, iż reżyser potwierdził w wywiadach osadzenie akcji w 2026 roku, co czyni „Resident Evil” obrazem niekanonicznym względem survival horrorów o Leonie, Chrisie, Jill i całej tej wesołej ferajnie. Niemniej duch marki Capcomu pozostaje obecny w prawie każdym zarejestrowanym ujęciu. To zresztą poniekąd zasługa fenomenalnych zdjęć naszego słynnego rodaka, Dariusza Wolskiego.
Chcę z Tobą przejść przez piekło, na drugą stronę przejść
Fenomenalny Abrams odpowiednio „uczłowiecza” swoją postać, natychmiast dając nam do zrozumienia, iż żaden z niego heros. Mowa o zwyczajnym pechowcu, znajdującym się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Chcąc nie chcąc, Bryan zmuszony jest dostarczyć przesyłkę, co popycha go w kierunku niesławnego Racoon City.
Chłopak co chwilę napotyka zarażonych eksperymentami korporacji Umbrella, walcząc o przetrwanie. Jego droga stanowi więc prawdziwą drogę przez mękę. Mimo że główny bohater zgarnia na swej drodze broń palną, musi nauczyć się z niej korzystać. Obserwowanie jak wychodzi mu to w praktyce potrafi szczerze rozbawić.

Generalnie nie brak tu humoru (ba, całkiem go tu sporo!), aczkolwiek nie zrozumcie mnie źle – „Resident Evil” to wciąż horror pełną gębą, pełen naprawdę udanych, nieoczywistych jump scare’ów oraz trzymających w napięciu scen. Byłem wprost zachwycony widząc, co udało się wykrzesać z wynoszącego 80 milionów dolarów budżetu. W znaczącej większości przeważają bowiem elementy praktyczne, zaś CGI ograniczono do absolutnego minimum. Juchy jest sporo, flaków jeszcze więcej, natomiast założenia gameplayowe serii udało się przenieść do filmu niemalże jeden do jednego. I co bodaj najważniejsze, Cregger udowodnił niniejszym, że bez wątpienia pozostaje oddanym fanem marki Capcomu, gdyż obraz amerykańskiego reżysera stanowi przede wszystkim list miłosny do „Rezydentów”, a w szczególności części od 1 do 4 włącznie.

Tak, „Resident Evil” spodoba się nie tylko graczom
Co kluczowe, podczas seansu dobrze bawić się będą także osoby, które nie miały okazji zagrać choć w jedną część kultowej serii survival horrorów. Moja dziewczyna (cześć, Natalka!) wyszła z kina usatysfakcjonowana tym, co widziała na ekranie, zaś podczas drogi powrotnej pytała mnie w samochodzie, od jakiej odsłony RE powinna zacząć swoją przygodę z cyklem. Bez cienia wątpliwości zaproponowałem remake Resident Evil 2, a więc crème de la crème opowieści o Racoon City. Dorzucę jeszcze, iż film Zacha najbliższy jest właśnie kultowej „dwójeczce”.

Okej, pora kończyć. Wiem na pewno, że lwia część z nas, czyli graczy, wyjdzie z kina zachwycona tym, co przyszło jej ujrzeć na ekranie. Prywatnie wielki ze mnie fan „Zniknięć” i „Barbarzyńców”, czyli poprzednich filmów amerykańskiego reżysera, więc gdy dowiedziałem się, że ten bierze się za kinowy reboot mojej umiłowanej serii gier, mało nie wybuchłem z radości. Chłop miał bowiem u mnie pewien kredyt zaufania, co zresztą przyznałem swego czasu w wydaniu specjalnym CD-Action Horrory. Dziś wiem, że ów dług oddano mi z naprawdę wysokim procentem. A, jeszcze jedno: uznajmy, że bardziej adekwatną oceną byłaby ósemka, ale jako naczelny redakcyjny szalikowiec RE, idę w weekend obejrzeć najnowsze dzieło Creggera jeszcze raz. I właśnie z powodu tego nieskrywanego entuzjazmu ostatecznie nie mógłbym przyznać niższej noty.
OCENA: 9
PODSUMOWANIE: Reżyser Zach Cregger doskonale poradził sobie z zaadaptowaniem materiału źródłowego – kinowy reboot „Resident Evil” jest krwawy, satysfakcjonujący, przerażający i momentami zabawny, czyli taki, jaki w moim mniemaniu być powinien.