Resident Evil to jedna z najlepszych adaptacji gier, choć to horror nie tylko dla graczy [RECENZJA]
Żeby rozwiać ewentualne wątpliwości zaznaczam, iż celowo nie biorę w tym miejscu pod uwagę seriali – takich jak chociażby Fallouta czy pierwszy sezon The Last of Us. Stworzenie podwalin pod dany świat przedstawiony za pomocą odcinków rządzi się przecież zgoła różnymi prawami niż skrojenie zwartej historii pokazywanej w multipleksach. Uff, zabrzmiało poważnie. Pora na chwilę oddechu.
Kończysz zmianę? Jedź do domu
Dobra, zacznijmy od początku. „Resident Evil” wrzuca nas w wir tutejszych wydarzeń znienacka i bez zapowiedzi. Nie otrzymujemy też żadnych wytłumaczeń, tak więc od razu zapomnijcie o jakimś konkretniejszym wprowadzeniu fabularnym. Bryana, czyli bohatera tej opowieści, poznajemy w szpitalu. Wiemy jedynie, iż ten sympatyczny, ale też nieco roztrzepany młodzian jest kurierem dostarczającym organy.
Od fajrantu dzieli go jedynie jeden bazgroł postawiony na świstku papieru – chodzi o zwyczajne pokwitowanie odbioru paczki. Natężenie działań w placówce powoduje obsuwę w procesie pozyskania „autografu” lekarza dyżurnego. Wtenczas pewna wyraźnie zestresowana pani doktor oferuje protagoniście dodatkowy, specjalny kurs, tym razem za podwójną stawkę. Cóż, kasa piechotą nie chodzi, grzechem byłoby zatem odpuszczenie takiej okazji.

Sęk w tym, że pakunek należało przewieźć nocą do leżącego w górach Racoon City, na zewnątrz szalała śnieżyca, a lokalne drogi zdążył skuć lód. Co mogło pójść źle w aucie nieprzystosowanym do tak nieprzystępnych warunków? Absolutnie wszystko, aczkolwiek skuszony łatwą kasą Bryan postanowił zaryzykować. I naprawdę szybko przyszło mu się zorientować, jak ogromny błąd popełnił.
Alone in the Dark
Akcja na dobre rozkręca się w momencie, w którym dostawca narządów potrąca kobietę. Co ciekawe, zdarzenie ma miejsce głęboko w lesie, gdzie nikt nie spodziewałby się jakiejkolwiek żywej duszy. Zszokowany chłopak wysiada z auta, by udzielić pomocy poszkodowanej, aczkolwiek przebywanie w jej towarzystwie staje się coraz bardziej niepokojące. A chwilę później śmiertelnie niebezpiecznie.
Jest ciemno i głucho, na domiar złego wieje jak w kieleckim. Kamera nie odstępuje Bryana o krok. Wciela się w niego Austin Abrams, znany między innymi ze świetnej kreacji uzależnionego od narkotyków Jamesa ze „Zniknięć”. Z pechowym kurierem zostajemy sam na sam niemalże przez cały film, co pogłębia znane z produkcji Capcomu wrażenia zaszczucia i osamotnienia. Naprawdę cieszę się, iż już w tym miejscu mogę z nieskrywaną radością napisać o dotrzymaniu obietnicy zapewnienia wrażeń niczym z gry wideo. Co więcej, zastosowanie pewnych zabiegów wypadło nad wyraz dobrze.

Tak czy siak, problemy protagonisty zaczynają pędzić niczym efekt kuli śnieżnej. W lesie zasięgu brak, smartfon przydaje się zatem wyłącznie w charakterze latarki. Dorzucę jeszcze, iż reżyser potwierdził w wywiadach osadzenie akcji w 2026 roku, co czyni „Resident Evil” obrazem niekanonicznym względem survival horrorów o Leonie, Chrisie, Jill i całej tej wesołej ferajnie. Niemniej duch marki Capcomu pozostaje obecny w prawie każdym zarejestrowanym ujęciu. To zresztą poniekąd zasługa fenomenalnych zdjęć naszego słynnego rodaka, Dariusza Wolskiego.
Chcę z Tobą przejść przez piekło, na drugą stronę przejść
Fenomenalny Abrams odpowiednio „uczłowiecza” swoją postać, natychmiast dając nam do zrozumienia, iż żaden z niego heros. Mowa o zwyczajnym pechowcu, znajdującym się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Chcąc nie chcąc, Bryan zmuszony jest dostarczyć przesyłkę, co popycha go w kierunku niesławnego Racoon City.
Chłopak co chwilę napotyka zarażonych eksperymentami korporacji Umbrella, walcząc o przetrwanie. Jego droga stanowi więc prawdziwą drogę przez mękę. Mimo że główny bohater zgarnia na swej drodze broń palną, musi nauczyć się z niej korzystać. Obserwowanie jak wychodzi mu to w praktyce potrafi szczerze rozbawić.

Generalnie nie brak tu humoru (ba, całkiem go tu sporo!), aczkolwiek nie zrozumcie mnie źle – „Resident Evil” to wciąż horror pełną gębą, pełen naprawdę udanych, nieoczywistych jump scare’ów oraz trzymających w napięciu scen. Byłem wprost zachwycony widząc, co udało się wykrzesać z wynoszącego 80 milionów dolarów budżetu. W znaczącej większości przeważają bowiem elementy praktyczne, zaś CGI ograniczono do absolutnego minimum. Juchy jest sporo, flaków jeszcze więcej, natomiast założenia gameplayowe serii udało się przenieść do filmu niemalże jeden do jednego. I co bodaj najważniejsze, Cregger udowodnił niniejszym, że bez wątpienia pozostaje oddanym fanem marki Capcomu, gdyż obraz amerykańskiego reżysera stanowi przede wszystkim list miłosny do „Rezydentów”, a w szczególności części od 1 do 4 włącznie.

Tak, „Resident Evil” spodoba się nie tylko graczom
Co kluczowe, podczas seansu dobrze bawić się będą także osoby, które nie miały okazji zagrać choć w jedną część kultowej serii survival horrorów. Moja dziewczyna (cześć, Natalka!) wyszła z kina usatysfakcjonowana tym, co widziała na ekranie, zaś podczas drogi powrotnej pytała mnie w samochodzie, od jakiej odsłony RE powinna zacząć swoją przygodę z cyklem. Bez cienia wątpliwości zaproponowałem remake Resident Evil 2, a więc crème de la crème opowieści o Racoon City. Dorzucę jeszcze, iż film Zacha najbliższy jest właśnie kultowej „dwójeczce”.

Okej, pora kończyć. Wiem na pewno, że lwia część z nas, czyli graczy, wyjdzie z kina zachwycona tym, co przyszło jej ujrzeć na ekranie. Prywatnie wielki ze mnie fan „Zniknięć” i „Barbarzyńców”, czyli poprzednich filmów amerykańskiego reżysera, więc gdy dowiedziałem się, że ten bierze się za kinowy reboot mojej umiłowanej serii gier, mało nie wybuchłem z radości. Chłop miał bowiem u mnie pewien kredyt zaufania, co zresztą przyznałem swego czasu w wydaniu specjalnym CD-Action Horrory. Dziś wiem, że ów dług oddano mi z naprawdę wysokim procentem. A, jeszcze jedno: uznajmy, że bardziej adekwatną oceną byłaby ósemka, ale jako naczelny redakcyjny szalikowiec RE, idę w weekend obejrzeć najnowsze dzieło Creggera jeszcze raz. I właśnie z powodu tego nieskrywanego entuzjazmu ostatecznie nie mógłbym przyznać niższej noty.
OCENA: 9
PODSUMOWANIE: Reżyser Zach Cregger doskonale poradził sobie z zaadaptowaniem materiału źródłowego – kinowy reboot „Resident Evil” jest krwawy, satysfakcjonujący, przerażający i momentami zabawny, czyli taki, jaki w moim mniemaniu być powinien.
I takie recenzje czyta się nad wyraz przyjemnie. Bez zbędnego intelektualizowania, porównań do X któregoś festiwalu w Cannes, czy innych zupełnie niepotrzebnych pierdół. Prosto, szczerze i na temat. Jako dość świeży fan serii (2, 3, 4 reamake oraz 7, 8 , 9 ukończone na przełomie tego roku) nie mogę doczekać się seansu. Jeżeli reżyser utrzymał napięcie ze Zniknięć i Barbarzyńców, szykuję się naprawdę niezłe kino
Dzięki!
Fajna recenzja, konkretna i w punkt.
Dziękuję, miło mi.
Recenzja od kogoś kto jeszcze przed premierą wiedział że da 8/10 choćby się waliło i paliło. Poczekam na więcej recenzji, jak okaże się że film jest chwalony na całej linii, być może zechce mi się pójść do kina. 😀
Źródło? Bo jak tak było to rzeczywiście troche kwas.
Prosto z recenzji powyżej: „więc gdy dowiedziałem się, że ten bierze się za kinowy reboot mojej umiłowanej serii gier, mało nie wybuchłem z radości. Chłop miał bowiem u mnie pewien kredyt zaufania”
oraz
„I właśnie z powodu tego nieskrywanego entuzjazmu ostatecznie nie mógłbym przyznać niższej noty.”
Jakieś pytania jeszcze?
Ale pisałeś że autor BEZPOŚREDNIO napisał/powiedział że NIE WYSTAWI temu niższej noty niż 8/10. O to pytam. Bo to co napisałeś to kompletnie co innego.
Taką szczerość to dostaniesz tylko ode mnie, w komentarzach. 😀
Myślałeś że autor recenzji napisze dosłownie słowami „jestem stronniczy i nic niższego niż 8/10 nie dam bo wyjdzie na to że chodzę na słabe filmy, albo że się rozczarowałem”?
Użarło mi pierwszy akapit tego co napisałem powyżej, sorry.
(Dorosłe) chłopy próbujące bez sukcesu zmierzyć się ze zrozumieniem, czym jest recenzja – kto by pomyślał, że z tego może komedia.
No dobra to w takim razie dlaczego kłamałeś?
Ty tak serio, czy tylko udajesz? 🙂
Udaję co? Że chcę przeczytać albo obejrzeć więcej niż jedną recenzję zanim zdecyduję czy warto wydać pieniądze na bilet?
O wow, chyba na serio.
Ostrożnie – Zniknięcia były w recenzjach chwalone i wielbione, a film to paździerz jakich mało
Co? xD Chyba oglądaliśmy dwa różne filmy.
Och, od czego by tu zacząć
1) Tempo
Pomysł, by historię pokazać z perspektywy różnych bohaterów był ciekawy, jednak ustawiczne cofanie się w czasie do początku całej sprawy (po 30 minutach z perspektywy nauczycielki cofamy się do perspektywy ojca zaginionego dziecka, potem pedagoga, potem gliny i ćpuna, a na koniec ucznia i ciotki) sprawiał, że ten ok. 2 godzinny film się wlekł i wytracał impet całej historii
2) Niepotrzebne wątki
Film chce nam pokazać perspektywę kilku bohaterów, z czego prawie połowa jest pomijalna – wytłumacz mi na cholerę marnuje jakieś 30-40 minut na ćpuna i policjanta, skoro w żadnym stopniu nie przyczynili się oni do rozwiązania zagadki zaginionych dzieci? Wyrzucenie obu tych wątków nie zmienia NIC w dalszym biegu historii, ojciec z nauczycielką doszli do wszystkiego sami.
3) Głupoty
Policja jest kompletnie pogubiona i niekompetentna, podobnie FBI. Nagle znika 20 dzieciaków, jedyny pozostały jest praktycznie nie obserwowany. Pedagogów, policji, otoczenia czy rodziny nie zastanawia nagła choroba OBOJGA rodziców, władze łykają jak pelikany historię cioci (której też nikt nie zna) że oboje mieli udar. Przeszukanie domu dzieciaka to żart, ciotka cichcem przemieszcza 20 zombie dzieci w biały dzień z piwnicy i nikt niczego nie rejestruje, choć chwilę wcześniej widzimy, że np. ucieczkę dzieci z domów wielu rodziców zarejestrowało na kamerach. Chłopiec sam chodzi do szkoły i wraca do domu, sam robi mega zakupy do wykarmienia małego oddziału, w szkole jest coraz bardziej wycofany, brudny i wystraszony i obchodzi to tylko pijaczkę/nauczycielkę, ale nie policję.
Znalezienie miejsca pobytu dzieci sprowadza się do jednego wkurwionego i zdeterminowanego budowlańca z mapą i linijką, któremu wystarczyło połączyć 2 kropki i odwiedzić jeden dom innego z rodziców również zaginionego dziecka (xD).
4) Aktorstwo
Tu było po prostu dobrze. Ani wybitnie, ani źle – niezła Gardner, średni Brollin, dobry (i kompletnie niepotrzebny) Abrams, poprawny młody Han Solo. Zupełnie nie rozumiem fenomenu Gladys – to była tak bardzo generyczna Baba Jaga, że bardziej się nie dało. Oscar za tę rolę to splunięcie w twarz Toni Collette za Dziedzictwo czy Florence Pugh za Midsommar
Nie wiem jaki ty film oglądałeś, ale ja poszedłem do kina mega nakręcony pozytywnymi recenzjami, a po godzinie zastanawiałem się, co za gówno wybrałem. Końcówka w stylu Benny Hilla trochę mi ten seans osłodziła, ale nie zmieniła odbioru całości – to film 4/10
Jeśli chcesz obejrzeć wybitny film o zaginionych dzieciach, zdeterminowanym i gotowym na wszystko ojcu, popierdolonej ciotce i policji, która się gubi ale nie jest niekompetentna – obejrzyj Labirynt Denisa Villeneuve
(edytowano)
Z tym 4/10 moim zdaniem srogo przesadziłeś, niemniej poszukaj w necie ukrytego przesłania Zniknięć. Cregger mówił o tym wprost w wywiadach. Myślę, że wtedy ten film zrobi na Tobie większe wrażenie.
Jak coś, napisałem też na ten temat w tekście o Weapons do CD-Action Horrory, więc jeżeli masz ten magazyn gdzieś pod ręką, tam przybliżyłem, o co tak naprawdę chodziło reżyserowi.
Dzięki, chętnie przeczytam z czystej ciekawości, czy to dodatkowe przesłanie odwróci moje wrażenie po filmie, a może nawet skłoni mnie do drugiego seansu
Poczytałem trochę teorii i wypowiedzi Creggera i … nie, nie kupuję tego. Analogia fabuły filmu do tego, jak to alkoholizm odbiera nam członka czy członków rodziny niczym jakiś mityczny potwór, jak tutejsza ciocia Gladys, jest łopatologiczna. Nie kupuję łączenia filmu ze szkolnymi strzelaninami (wszystkie dzieci w końcu wróciły).
Kupuję natomiast w 100 % poniższą informację :
„When Cregger first sat down to write Weapons he didn’t have a „plan” for where the story would go. He started with the opening we know — the little girl talking about the kids running out of their houses — and asking himself, „Why?” without having an answer”
To czuć przez cały film – na początku byłem bardzo zaintrygowany historią i tym, w jakim kierunku podąży. Wyłapywałem wszystkie smaczki, jak wzmianki o pasożytach w tle, motywy broni, ustępy biblijne itp. Ale ostatecznie ta cała nadbudowa prowadzi nas do współczesnej opowiastki o załatwieniu Baby Jagi przez Jasia i Małgosię. Głębia tego filmu wychwalana przez krytyków jest iluzoryczna.
Rozdźwięk między hypem na ten film i poziomem na MetaCritic a tym, co ostatecznie dostajemy jest tak duży, że ocena 4/10 wg mnie jest adekwatna
„Policja jest kompletnie pogubiona i niekompetentna, podobnie FBI. Nagle znika 20 dzieciaków, jedyny pozostały jest praktycznie nie obserwowany. Pedagogów, policji, otoczenia czy rodziny nie zastanawia nagła choroba OBOJGA rodziców, władze łykają jak pelikany historię cioci (której też nikt nie zna) że oboje mieli udar. Przeszukanie domu dzieciaka to żart, ciotka cichcem przemieszcza 20 zombie dzieci w biały dzień z piwnicy i nikt niczego nie rejestruje, choć chwilę wcześniej widzimy, że np. ucieczkę dzieci z domów wielu rodziców zarejestrowało na kamerach. Chłopiec sam chodzi do szkoły i wraca do domu, sam robi mega zakupy do wykarmienia małego oddziału, w szkole jest coraz bardziej wycofany, brudny i wystraszony i obchodzi to tylko pijaczkę/nauczycielkę, ale nie policję.” – witaj panie w Polsce. Tak właśnie działa państwo polskie w przypadku dzieci maltretowanych w domu przez „rodziców”. To jest dokładny schemat prawdziwego działania w Polsce. Dopiero gdy zakatowane dziecko umrze, wtedy jest płacz, och, jak to możliwe, że nit nie wiedział. Nieważne, że brudne dziecko z siniakami, często złamaniami, chodzi do szkoły. Wszyscy ślepi, głusi i zwyczajnie głupi.
Wiesz co – pewnie masz rację. Tylko wątpię, że Cregger chciał Zniknięciami przekazać widzom z całego świata zawoalowany meta komentarz na temat złego stanu opieki społecznej w Polsce.
No i jest jeden ważny szczegół – ten chłopiec to JEDYNE dziecko z 18 osobowej klasy które nie zaginęło. Taki dzieciak i taka rodzina pozostaje pod stałym i czujnym nadzorem – oczywiście w racjonalnym i logicznym scenariuszu
Ja tylko dorzucę, że w Zniknięciach Cregger pokazuje wręcz podręcznikowo kilka modeli alkoholizmu, więc nawet jeżeli tego nie kupujecie (co rozumiem, w końcu nie musicie być do tego przekonani), tak on po prostu przedstawił ten trudny temat naprawdę bardzo, bardzo kompleksowo.
Alkoholizm Pani Gandy był faktycznie dobrze przekazany i był to też bardzo czytelny motyw przez cały film, zaprezentowany jak na dłoni, bez jakichkolwiek smaczków czy mrugnięć okiem.
Natomiast ja nie kupuję tłumaczenia, że przemiana rodziców chłopca przez ciotkę Gladys to również sposób przedstawienia alkoholików – przede wszystkim ich przemiana jest gwałtowna i następuje praktycznie natychmiast po przyjeździe ciotki do ich domu. Dzieciak jednego dnia obserwuje swoich rodziców jako normalnych, kochających go ludzi, a następnego wraca do domu i zastaje 2 zombiaki, które trzeba karmić, myć i które zadźgają się widelcem na zawołanie wiedźmy jeśli chłopak nie będzie posłuszny. Nie ma tu etapów popadania w chorobę, nie ma momentów przejaśnienia, jest po prostu czar i efekt – co więcej, wszystkie czary pryskają jak bańka, jak tylko ciotka pada trupem.
Jeśli Ciocia Gladys to wg Creggera metafora alkoholizmu – to przepraszam, ale widać, że pisząc scenariusz nie miał kompletnie pomysłu na film i takie badziewie wykluło mu się w trakcie. Nie nastraja mnie to pozytywnie ani do Barbarian, ani do Resident Evil.
Cregger mógłby się wiele nauczyć o alkoholizmie i sposobie jego przedstawienia w filmie gdyby wyciągnął wnioski z Na Rauszu, Pod Mocnym Aniołem, Stracony Weekend, Wszyscy Jesteśmy Chrystusami, Smashed czy choćby Narodziny Gwiazdy
(edytowano)
Filmy z reguły są głupie, ilość absurdów jest wręcz kosmiczna w większości z nich. Mi chodzi o to, że nieraz właśnie tylko nauczyciela pijaczka obchodzi los dzieci, a instytucje, które powinny stać na straży takich dzieci zawalają na 100%. Odniosłem się do twojej wypowiedzi, jako głupoty w filmie wymieniłeś „Pedagogów, policji, otoczenia czy rodziny nie zastanawia nagła choroba OBOJGA rodziców, władze łykają jak pelikany historię cioci (której też nikt nie zna) że oboje mieli udar”. Dla Ciebie to głupota w filmie, a dla mnie rzeczywistość. Nie wiem z czym chcesz się kłócić. Policja, sądy, urzędnicy są właśnie tak głupi. A ty piszesz, że ślepota policji jest głupotą w filmie. Nie, nie jest, to powszechna głupota w naszej rzeczywistości. Film ewidentnie to pokazuje. Można się śmiać z filmów czy książek o superdetektywach ośmieszających policję. Ja nie widzę w tym nic śmiesznego, bo uważam, że policjanci, sądy i urzędnicy to ludzie głupi, pozbawieni uczuć, najmniejszej empatii. Niech się smażą w piekle. Piszę to całkowicie serio.
Nie zgadzam się z tym. Obejrzałem w życiu prawie 2000 filmów i grubo ponad 100 seriali – zdecydowana większość, a szczególnie te, które wnoszą coś do życia poza radosnym eskapizem czy piu-piu z laserka, jest interesująca, inteligentna, wartościowa i przede wszystkim nie traktuje widza jak idioty. Co więcej – gatunek horrorów w ostatnich latach przeżył nieprawdopodobną przemianę i praktycznie co roku otrzymujemy już nie 1 czy 2, ale nawet po 4-6 rewelacyjnych dzieł, które pod płaszczykiem grozy czy obrzydzenia przemycają co raz śmielsze i ciekawsze spostrzeżenia i historie.
To o czym piszesz to prawda – urzędnicy i służby wielokrotnie nie domagają, osoby cierpiące, w tym dzieci i dorośli (żeby nie szukać daleko – niedawna głośna sprawa Mirelli) są pozostawione same sobie i są zdane na łaskę wolontariuszy albo ludzi, którym nie jest obojętne cudze cierpienie. Ale to nie jest też tak, że odpowiada za to czyste zidiocenie, albo niewrażliwość osób, które miały się tymi ofiarami zajmować i im pomagać, tylko nieracjonalne, często dziurawe prawo, gigantyczne braki pieniędzy w lokalnych budżetach, braki w ludziach, niedostatki w przeszkoleniu itp. itd. To problem niesamowicie złożony i niesprawiedliwe jest założenie, że opiera się tylko i wyłącznie na znieczulicy, złej woli i czystej głupocie.
Weapons nie jest filmem, który ten burdel stara się napiętnować i rozliczyć – kwestia pozostawienia dzieciaka samemu sobie właściwie w ogóle w tym nie wybrzmiewa, żaden z bohaterów tej kwestii w należyty sposób nie podnosi. Gdyby ten film pominął motyw zaginięcia 99% jednej klasy i skupił się tylko na chłopcu, którego życie i życie jego rodziców zostaje stopniowo, krok po kroku rozmontowane i zgruzowane przez nadnaturalną siłę, co byłoby widoczne w jego powolnej przemianie i nikt by na to nie zwracał uwagi – to tak, można by się doszukiwać tu piętnowania pewnego znanego problemu poprzez horrorową hiperbolę. Ale tu mamy do czynienia z dramatycznym wydarzeniem, o którym mówiłby cały kraj – 17 dzieci z tej samej klasy wybiegło z nieznanych przyczyn o 2:17 ze swoich domów i zniknęło, a na miejscu pozostał tylko jeden chłopiec. Wg mnie ten dzieciak byłby na radarze każdej służby aż do czasu odnalezienia pozostałych pociech, żywych lub martwych, a jego miasto byłoby przez kolejne miesiące oblężone nie tylko przez policję i FBI, ale i każdą redakcję i każdego newsmana z każdego stanu USA.
(edytowano)
GIGA SPOILERY, NIE CZYTAĆ KTO NIE OBEJRZAŁ
Kurczę, kurrrrrczaczki! Zawiodłem się. Lubię tego reżysera, Barbarian był bardzo fajny, a Zniknięcia to jeden z ulubionych filmów ostatnich lat.
Tutaj, przede wszystkim, przesadzili z komedią. O ile na początku rozładowanie atmosfery żartem wzięło mnie z zaskoczenia i kilkukrotnie się zaśmiałem, o tyle w drugiej połowie filmu bombardowanie widza cienkimi one-linerami i ogólnie benny-hillową wręcz atmosferą filmu było dla mnie strasznie męczące. Jest spora różnica między klimatem campu i czy filmu klasy B, w który celują gry, a komediohorrorem czy wręcz parodią horroru, który mi dostarczył film.
Groteskowe potwory bardziej kojarzyły mi się z Left 4 Dead czy Dead Nation niż Resident Evil. Tu rzygacz, tam grubas, tu jakiś zlepek ciał, jeszcze tylko wrzeszczącej babki zabrakło, która piskiem zwoływałaby kolegów.
Główny bohater bardzo mnie irytował swoimi głupimi decyzjami i nieporadnością, a fakt, że sam film adresował jego bezmyślność (drabina) nie pomagał.
Jak się człowiek zastanowi jak mało czasu upływa od pierwszej sceny w szpitalu do pojawienia się bohatera w Raccoon City i jednocześnie brak jakiejkolwiek świadomości że w sąsiednim mieście mają gigantyczny problem nie pozwalał mi kupić tego świata. Nie po covidzie. Czemu akcja nie dzieje się 1998? Można byłoby uwierzyć że wieści tak szybko się nie rozchodzą. Albo bohater mógłby dostać na początku w łeb i obudzić się po kilkunastu godzinach w innej sytuacji, bo przecież w Racoon sytuacja wygląda jakby wybuch epidemii miał miejsce tydzień temu i już jest po ptokach. Zero policji, zero chaosu, kompletna cisza w mieście.
Na okus na pewno zaskakuje scena w domu, gdy gość widzi z okna jak zastrzelona wcześniej babka biegnie szaleńczo w kierunku domu. Na mnie bardzo działają dźwięki głośnego biegu po domu, aż mnie ciarki przeszły. Ale poza tym to albo jump scare’y albo śmiechy.
Nie jest to oczywiście gniot jak seria z Jovovich, ale więcej niż 6/10 bym nie dał.
Ostatni akapit – „na plus”, zamiast „na okus”. Fajnie, że jak się nie posiada konta tutaj, to nadal nie można edytować postów :/
Te gnioty z Jojovich to przynajmniej miały uzasadnienie fabularne – super laska rozwalająca zombiaki bardziej do mnie przemawia niż zwykły chłopak, który rozwozi paczki, a nagle, pewnie w dzień, dwa, zostaje bohaterem. Co do jego nieporadności, to jestem ciekaw jak 99% z nas by zareagowała musząc walczyć z wrogiem. Nawet zwykłymi ludźmi, a co tu dopiero mówić o zombie. Nigdy nie doszukuję się głębi w takich filmach, bo jej nie ma. To są głupie filmy dla rozrywki. Tylko do tego. A szukanie jakiegoś sensu to jak szukanie złota we własnej kupie.
nigdy nie stal sie bohaterem – spoiler 🙂
Wszedłem specjalnie przeczytać recenzje świeżo po seansie i niestety kompletnie się nie zgadzam i odradzam iść osobom które po trailerze liczyły na ciężki i duszny horror o przetrwaniu. Czarna komedia. Mam wrażenie że gry zostały przedstawione w prześmiewczy wręcz sposób. (Wiecie bo gry to tylko headshoty, kłódki i potwory losowo pozlepiane z ciał i mamy residenta). Do momentu akcji w domu było spoko ale końcówka to już totalny odjazd i humor w stylu Evil Dead. Totalnie się zawiodłem.
Ależ to przecież rekomendacja
Właśnie to jest clue – oczekiwania. Do tej pory wszystkie recenzje szufladkują ten film właśnie jako czarna komedia, która dużo bierze z niepoważnej strony gier z serii Resident Evil i miejscami dokłada całkiem udany horror. Jeśli idziesz na ten film z nadzieją na dobrą zabawę z okazjami do podskoczenia w fotelu – to spędzasz 1,5 godziny z bananem na twarzy.
Gorzej, jeśli idziesz na podstawie oczekiwań budowanych przez trailery i marketing, bo zamiast gęstego klimatu dostajesz humor i łamanie 4 ściany, zastanawiając się kiedy w końcu zacznie się straszenie.
Longlegs 2 lata temu miał mistrzowski marketing – te próby chowania charakteryzacji Nica Cage’a przed premierą filmu, ten krótki trailer w którym rzekomo pokazali rytm serca Maiki Monroe w chwili nagrywania pierwszej sceny z Longlegsem, odwołania do mistrzowskich thrillerów sprzed lat, na czele z Milczeniem Owiec i Siedem. Ja byłem tym filmem zachwycony, ale nie dziwię się, że wielu ludzi się od niego odbiło, bo to, co dowiózł, mocno odbiegało od obietnic
@Pietro Okej jako horror i RE (gra nie filmy z Jovovich ;)) to lipa, a jako film o zombie polecasz? Tak pytam bez szufladkowania do kategorii horror czy komedia.
Wiesz, ale gry z serii Resident Evil są z natury bardzo niepoważne… 🙂