The Sinking City 2 to kiepski Sherlock Holmes, ale bardzo dobry Resident Evil [RECENZJA]

The Sinking City 2 to kiepski Sherlock Holmes, ale bardzo dobry Resident Evil [RECENZJA]
Frogwares, studio znane przede wszystkim z serii przygodówek o Sherlocku Holmesie, zdecydowało się porzucić opowieść detektywistyczną na rzecz survival horroru. Chociaż taka wolta mnie osobiście nieco smuci, efekty okazały się zaskakująco udane. Pora postrzelać do przedwiecznej grozy!

Skąd w ogóle pomysł, aby lupę i kaszkiet zamienić na karabin? Powód jest prozaiczny: pieniądze. Klasyczne przygodówki to obecnie nisza i potencjalne zyski ze sprzedaży takiego tytułu nie wystarczyłyby, aby utrzymać kilkudziesięcioosobową ekipę devów. Zmiana kierunku, choć podyktowana głównie względami ekonomicznymi, okazała się jednak konieczna. Oczywiście wiązało się to z pewnym ryzykiem.

Brak doświadczenia w gatunku survival horrorów to jedno, ale Frogwares – jako ukraińskie studio – zmagało się również ze znacznie poważniejszymi wyzwaniami. Potworności wojny to dla twórców i ich rodzin koszmarna rzeczywistość – przerwy w dostawach prądu, uszkodzone w atakach domy, niepewność jutra. To niemal cud, że prace w ogóle zostały ukończone.

The Sinking City 2

Nie przywołuję tutaj wojny jako wymówki – bo usprawiedliwiać nie ma czego, gra jest bardzo dobra – tylko dlatego, że nie pozostała ona bez wpływu na całość produkcji. Odbija się echem w ruinach budynków i rozbrzmiewa w wyjących syrenach alarmowych, dodając nową warstwę grozy do oswojonych już przecież mitów Cthulhu. Kto wie, czy nie najstraszniejszą, bo prawdziwą.

Wielka woda

The Sinking City 2, niepowiązane fabularnie z „jedynką”, zabiera nas w podróż do… tonącego miasta, a jakże. Roku Pańskiego 1929 Arkham dotknęła katastrofalna powódź, pochłaniająca niemal wszystko na swojej drodze. Ulice zmieniły się w rzeki, a jedynym środkiem lokomocji stały się łodzie. Większości mieszkańców taki odpowiednik Wenecji nie przypadł do gustu, więc ewakuowali się w bezpieczniejsze rejony. Na miejscu pozostali tylko szaleńcy, desperaci oraz ci, którzy odejść nie mogli.

Nasz protagonista, zawadiaka Calvin Rafferty, załapuje się do każdej z tych kategorii. Podczas przeprowadzania rytuału podróży do Krainy Snów coś poszło nie tak i w rezultacie jego dziewczyna, Faye Bennet, zapadła w letarg podobny do śpiączki, a sam bohater częściowo stracił pamięć. Aby ocalić ukochaną, Calvin musi zdobyć z biblioteki pewien mroczny grymuar. Jak łatwo się domyślić, nie będzie to wcale proste, a rzeczy szybko skomplikują się jeszcze bardziej.

The Sinking City 2

Nie będę się specjalnie rozpisywać o opowiadanej tu historii. Odpalając grę podlaną lovecraftowskim sosem, wiemy mniej więcej, czego się spodziewać: macki, szaleństwo, potwory, Wielcy Przedwieczni – cała litania znajomych tropów. Nieco świeżości do tego zatęchłego bagienka wprowadzają bohaterowie, których poznajemy lepiej w trakcie rozwoju fabuły. Może Calvin i Faye nie zachwycają głębią charakterologiczną, ale robią sympatyczne wrażenie, a łączące ich uczucie kupujemy bez większych oporów. W przypadku horroru i tak na pierwszym planie powinna znaleźć się atmosfera.

I ta wyszła twórcom naprawdę świetnie. Właściwie już od pierwszych chwil, gdy wsiadamy do łódki, a w głośnikach jęczy syrena alarmowa, czujemy w kościach tę wilgoć i rozkład upadłego miasta. Może aktywował się tutaj jakiś mój wrocławski gen, ale mocno podziałało to na moją wyobraźnię. Podobnie zresztą jak zwiedzanie pogrążonych w mroku, rozpadających się budynków: biblioteki, remizy strażackiej, hotelu, szpitala. Nigdy nie wiemy, czy jakaś paskuda nie wyskoczy nagle zza rogu. Klimat zaszczucia i zagrożenia potrafi być naprawdę gęsty. Kojarzyło mi się to momentami z remakiem Resident Evila 2, a to potężny komplement.

The Sinking City 2
Okiem Łukasza „Morasia” Morawskiego

Jako wieloletni miłośnik dzieł studia Frogwares z niecierpliwością wyczekiwałem premiery The Sinking City 2. Wiedziałem, że na pewno zagram w ten tytuł, dlatego nie zawracałem sobie głowy zwiastunami, ani innymi materiałami. Ależ się zdziwiłem, gdy po odpaleniu sequela moim oczom nie ukazała się przygodówka detektywistyczna, tylko rasowy survival horror.

Początkowo poczułem się delikatnie rozczarowany, ale to uczucie szybko minęło, bo twórcy doskonale poradzili sobie z nową formułą. To pierwsza tego typu produkcja ukraińskiego developera i liczę, że nie ostatnia. Kiedy miało być strasznie – było. Kiedy mój mózg miał zmęczyć się podczas rozwiązywania zagadek logicznych – zmęczył się. Kiedy miały pojawić się nawiązania do twórczości Lovecrafta – pojawiły się. Oj, i to jakie!

Co prawda model strzelania i walka w zwarciu trochę kuleją, a mechanika łączenia faktów została wrzucona bardzo na siłę, ale w zupełności mi to nie przeszkadzało. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem losy głównego bohatera i jej partnerki, z duszą na ramieniu eksplorując kolejne, coraz to bardziej klimatyczne lokacje. Jeżeli do tej pory nie było wam po drodze z grami tego developera, to teraz pojawiła się najlepsza okazja, żeby dać im szansę.

Może stwierdzenie, że seria Resident Evil ma godnego rywala to przesada, ale niech Leon S. Kennedy ma się na baczności. Calvin Rafferty tylko czeka, żeby zająć na tronie jego miejsce. Frogwares pewnym krokiem wkroczyło do świata survival horrorów i oby zadomowiło się w nim na dłużej – twórcy muszą tylko popracować nad dopracowaniem szczegółów rozgrywki.

OCENA: 8+

The Sinking City 2

Resident Cthulhu

Na tym nie koniec podobieństw do serii Capcomu. Inspiracje widać jak na dłoni – chociażby w przypadku mapy, która aktualizuje się automatycznie, gdy znajdziemy w danym pomieszczeniu coś ciekawego, jak np. zamknięte drzwi albo prostą zagadkę do rozwiązania – czasem trzeba poszukać klucza albo pobawić się przełącznikami. Jeśli liczyliście na jakieś bardziej detektywistyczne wyzwania, pokroju tych z poprzedniej części, to niestety będziecie zawiedzeni. Ten element praktycznie tutaj nie występuje. Co najwyżej dostępna jest opcja połączenia znalezionych notatek na tablicy – teoretycznie ma to pomóc w odkryciu jakichś dodatkowych ulepszeń broni czy naboi, ale w praktyce można to zupełnie zignorować.

Podobnie jak w Residentach tutaj również zaimplementowano prosty system craftingu. Ze znalezionych po drodze śmieci możemy stworzyć m.in. tabletki leczące, amunicję, a nawet jednorazową ochronę przed zgonem. Należy jednak mieć na uwadze ograniczoną ilość miejsca w ekwipunku, co potrafi mocno utrudnić życie. Pewne novum stanowią talenty do odblokowania, dodające różne pasywne bonusy, ale – szczerze mówiąc – ich przełożenie na rozgrywkę okazuje się tak niewielkie, że przez większość czasu zapominałam o ich istnieniu.

The Sinking City 2

W grze udostępniono aż cztery poziomy trudności, a więc każdy znajdzie dla siebie odpowiednie wyzwanie. Opcja „normalna” została dobrze wyważona – musimy uważać na dostępne zasoby i bywa, że spłuczemy się do czysta, gdy przeszarżujemy, ale zawsze wcześniej czy później odbijemy się od dna. Co ciekawe, poziom najniższy to właściwie samograj, tym bardziej że oferuje jeszcze możliwość włączenia nieśmiertelności i niewrażliwości na ciosy. Gra staje się wtedy symulatorem chodzenia. Hardkorowcy mogą za to przegiąć w drugą stronę i na najwyższym poziomie dać się przerobić na mielonkę.

Trafiony, zatopiony

Co kto lubi, jednak walka zdecydowanie stanowi tutaj gwóźdź programu. Zaczynamy przygodę z pistoletem, ale po drodze natykamy się na jeszcze kilka innych śmiercionośnych pukawek, takich jak strzelba czy karabin. Bez nich nie pożyjemy długo, gdy staniemy twarzą w mackę z potworami lęgnącymi się w Arkham. Są to przeważnie lokalne odmiany zombie, czyli truposze opętane glizdowatymi wijcami, albo skaczące pseudopająki, ale zdarzają się też jeszcze groźniejsze maszkary.

Na ciałach przeciwników wykwitają narośle – słabe punkty, w które należy celować dla lepszych efektów – a nieruchomego wroga warto jeszcze dla pewności rozdeptać, by nie wstał. Gatunkowy standard, chociaż zaskakująco przyjemny. Twórcom świetnie wyszedł ten mariaż poczucia zagrożenia z przyjemnością płynącą z combatu. I jak przystało na survival horror – czasem najlepsza opcja to wzięcie nóg za pas. Jeśli damy się zapędzić w kozi róg, równa się to wyrokowi śmierci. No chyba że dobrze unikamy ciosów albo bronimy się walką wręcz, chociaż ta akurat wypada dość blado, a uderzenia niekiedy nie docierają tam, gdzie powinny.

The Sinking City 2

Druga część serii The Sinking City, choć tak różna od detektywistycznego pierwowzoru, to kawał udanej gry. Oczywiście Frogwares to nie Capcom – budżet i siły przerobowe zdecydowanie nie te, niemniej w swojej lidze nie ma się czego wstydzić. Lokacje zaprojektowano z głową, warstwa dźwiękowa jeży włos na karku, a niedostatki graficzne da się zamaskować odpowiednim oświetleniem (czy jego brakiem). Kiepsko za to wypada polska wersja językowa. Widać, że przygotowano ją na szybko – pełno w niej literówek, zgubionych spacji czy innych dziwnych sformułowań („załóż” strzelbę zamiast „wyposaż”). Oby łatki przyniosły porządną korektę.

The Sinking City 2 to coś więcej niż tylko Resident Evil z przeceny. Nie ma tu wielu eksperymentów i zabawy z gatunkiem, ale jak na pierwszy raz rzucenia się na głęboką wodę survival horrorów, twórcy stanęli na wysokości zadania. Przez te 12 godzin, jakie zajęło mi przejście całości, bawiłam się bardzo dobrze. Chociaż trochę żałuję, że prawdziwych detektywów już nie ma…

W The Sinking City 2 graliśmy na PC.

the sinking city 2 – ocena i podsumowanie

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: The Sinking City 2 to zaskakująco udany survival horror z lovecraftowską aurą. Warto wybrać się na wycieczkę do zatopionego miasta i postrzelać sobie do potworów.

PLUSY:

  • świetny klimat upadłego miasta;
  • dobre operowanie dźwiękiem, by wzbudzać w graczu niepokój;
  • zaprojektowane z głową lokacje, które przyjemnie się zwiedza;
  • sympatyczna para bohaterów;
  • dobrze wyważony poziom trudności;
  • satysfakcjonujące starcia.

MINUSY:

  • niechlujnie przygotowana polska wersja językowa;
  • trochę niedopracowana walka wręcz;
  • elementy detektywistyczne potraktowane po macoszemu;
  • niewykorzystany potencjał talentów.

Skomentuj