„Control Freak” – recenzja książki. Autobiografia twórcy Unreala i Gears of War to lektura lekka i zaskakująco szczera
Mój stosunek do Cliffa Bleszinskiego zawsze był nieco ambiwalentny. Nie odmawiam mu talentu czy dokonań. To facet, który jeszcze w szkole średniej wydał swoją pierwszą komercyjną grę, a później odpowiadał za sukces Epic Games, pracując nad produkcjami takimi jak Jazz Jackrabbit, Unreal czy Gears of War. Jednocześnie nie jeden raz przewracałem oczami, gdy spod programisty i designera wychodził CliffyB – trochę nazbyt krzykliwy rzecznik zdominowanego przez branżowe giganty nowego gamingu, ucieleśnienie agresywnego marketingu, celebryckich póz i podkręcania hajpu za wszelką cenę.
Megaloman czy zwykły gracz?
To trochę zabawne, bo „Control Freak” – autobiografia Cliffa Bleszinskiego – właściwie też zaczyna się od scenki, która niewątpliwie jest „przehajpowana”. Oto Bleszinski próbuje zaintrygować czytelnika stwierdzeniem, że ochrona Billa Gatesa o mało naszego utalentowanego twórcy gier nie zabiła. Po chwili rysuje już jednak całą scenkę, która – mówiąc najdelikatniej – wcale nie ma obiecanej dramaturgii. A że przy okazji Bleszinski pisze w gruncie rzeczy tak jak mówi, czasem trochę bluzgając, i zawsze tworząc bardzo emocjonalną, lekko chaotyczną narrację, to i pierwsze kilka stron lektury obudziły we mnie obawę, czy książka mnie za bardzo nie wymęczy.

Jakże się myliłem. Ostatecznie 375 stron wspomnień Bleszinskiego pochłonąłem w jeden weekend. Okazało się bowiem, że ten pewny siebie, głośny i efektowny CliffyB, jest istotą częściowo wykreowaną, trochę jak bohaterowie gier. Niekoniecznie wykreowaną marketingowo, ale na pewno mamy do czynienia z projekcją pewnych lęków, niepewności, oczekiwań branży, i chyba nawet zazdrości wobec Johna Romero. Ale wystarczy trochę poskrobać, by znaleźć prawdziwego Cliffa, który… cóż, po prostu jest jednym z nas.
Szczerość ponad wszystko
Chyba najbardziej uderza w tej książce to, jak bardzo Cliff kocha gry wideo i jak wiele wkłada w nie z samego siebie. Jego dwie pierwsze produkcje – The Palace of Deceit i Dare to Dream – były w dużej mierze rezultatem prób nastolatka, by poradzić sobie z bólem po śmierci ojca. Ta bardzo indywidualna relacja z grami, zarówno tymi, nad którymi twórca pracuje, jak i po prostu z kolejnymi tytułami, które sprawiają mu radość, to naprawdę największa zaleta książki. Nie jest to bowiem szczegółowa kronika produkcji kolejnych tytułów ani tym bardziej podręcznik projektowania gier.

Owszem, Bleszinski ma czym wypełnić klasyczną historię zawodowego awansu. Jego kariera rozwijała się równolegle z branżą, która z niszowej rozrywki przeobrażała się w jedną z najpotężniejszych gałęzi popkultury. Autor prowadzi czytelnika od dziecięcej fascynacji Nintendo i komputerami, przez czasy shareware’u i rosnącą pozycję Epic, aż po odejście z firmy, założenie Boss Key Productions i bolesną porażkę własnego studia. Odsłania kulisy pracy i pokazuje, jak pomysły zmieniają się pod presją technologii, rynku oraz ambicji wielu osób. Ale gry są jednak przede wszystkim punktami orientacyjnymi na mapie życia autora. Najważniejsze okazuje się to, kim Bleszinski był, gdy nad nimi pracował – czego się bał, czego pragnął i jak bardzo potrzebował uznania.
A o tym Cliff pisze dużo i ciekawie. Czasem w sposób chyba aż nazbyt bezobcesowy – zwłaszcza wziąwszy pod uwagę fakt, że zdarzały się w jego życiu epizody autentycznie wstrząsające. Autor mówi nam o samotności, kompleksach, śmierci ojca, nieudanych relacjach oraz własnych błędach. Publiczną personę aroganckiego cudownego dziecka branży przedstawia jako pancerz zbudowany przez niepewnego siebie chłopaka. Ten kontrast nadaje książce emocjonalny ciężar i sprawia, że opowieść o sukcesie nie zamienia się w serię anegdot o pieniądzach, premierach i spotkaniach z celebrytami. A może raczej – one też są częścią książki, tak jak i elementy autokreacji. Przede wszystkim jednak Bleszinski próbuje o sobie w sposób szczery.
Lekko i z polotem
Niezwykle ciekawe jest też to, że w gruncie rzeczy Cliff przez cały ten czas cierpi na syndrom oszusta. Na początku daje nam to do zrozumienia w sposób dość jasny – po zetknięciu się z ludźmi z branży uważa się za słabego programistę i jeszcze gorszego grafika. Ostra krytyka odciska na nim swoje piętno. A pisząc o swoich pierwszych krokach nie przestaje wspominać roli Tima Sweeneya, założyciela Epic MegaGames (obecnie Epic Games), który dał szansę młodemu twórcy bez większych sukcesów na koncie. Ale to przekonanie, że autor nie jest aż tak wielkim geniuszem, na jakiego się czasem kreował, przebija się też przez dalsze strony autobiografii. Bleszinski to po prostu normalny gość, który chciał tworzyć fajne gry, bo je uwielbiał i potrafił sprawić, by wszystko inne zeszło na dalszy plan. Tylko tyle i aż tyle.
Bleszinski wie przy tym, jak utrzymać uwagę odbiorcy. Pisze lekko, często posługuje się autoironią. Owszem chwilami męczy opowieściami o tym co kupił sobie za kolejne honorarium, zaliczkę czy wypłatę. Ale nawet to ma pewien wymiar osobisty, po prostu czujemy jak wiele z tych rzeczy jest wymyślną próbą udowodnienia czegoś dzieciakom, które nazywały go pogardliwie „Nintendo Boyem”.
I dlatego to autobiografia tak ciekawa. Nie należy „Control Freak” traktować jako rozrachunku z historią Epic Games ani kompletnego portretu autora. To zbiór epizodów z życia, odsłaniający jednak rzeczy, które w innych tego rodzaju książkach bywają ukrywane – wstyd, żal, niepewność i wdzięczność. Bleszinski stworzył książkę żywą, przystępną i momentami zaskakująco intymną. I na pewno zmieni ona wasze zdanie o facecie przedstawiającym się jako CliffyB.
OCENA: 7+
PODSUMOWANIE: Splatoon Raiders rezygnuje z PvP na rzecz zabawy singlowej bądź kooperacyjnej i jest to decyzja zdecydowanie na plus. W lepszą strzelankę w tym roku jeszcze nie grałem!

Chyba błąd w podsumowaniu się wkradł
Podsumowanie wygrało xd