Film „Mortal Kombat 2” poobijany, ale przetrwał walkę [RECENZJA]
Pierwsza część zrebootowanego „Mortal Kombat” Simona McQuoida miała trochę smaczków (wątek Scorpiona i Sub-Zero), ale generalnie brakowało mu charakteru, a wykreowany na potrzeby filmu główny bohater odstawał charyzmą. Tamta walka o uznanie widzów została przegrana, na szczęście seria nie ogłosiła końca kariery. Reżyser przemyślał błędy i poprawił strategię. „Mortal Kombat 2” wchodzi na arenę żwawsze, w lepszych barwach i pewniejsze siebie. Pierwsze rundy wprawdzie na to nie wskazywały, ale tym razem adaptacja słynnej serii bijatyk wychodzi ze starcia zwycięstwo, choć nie bez ofiar i stłuczeń. Tym razem remix „Techno Syndrome” wybrzmiewa tryumfalnie i pasuje do głównej atrakcji filmu – Johnny’ego Cage’a w wykonaniu Karla Urbana.

Pierwsze rundy i poświęcenia
Komputerowe Mortal Kombat opiera się o dwa filary – o efekciarskie, pełne odjechanej przemocy mordobicie oraz o dosyć głębokie tło fabularne. To ciągnąca się od lat saga o turnieju, który decyduje o losach świata. Saga jako taka dorobiła się wielu herosów i złoczyńców z mniej lub bardziej intrygującymi wątkami i powiązaniami. Coś, co zaczynało jako kopalnia nawiązań do „Krwawego sportu” czy „Wejścia smoka” z naleciałościami fantasy, przeistoczyło się w campową mitologię dla fanów. Ciężko upchać tyle lore’u, czy nawet jego wycinek, do dwugodzinnego filmu.
To właśnie jeden z dwóch departamentów, na których McQuoid z ekipą się wykładają. Ich historia ugina się od ekspozycji. Bardzo dużo istotnych dla historii informacji podaje się tu przez wygłaszane na szybko przemowy, podane często bez filtra i charakteru (chyba, że w scenie uczestniczy Karl Urban). Oczywiście, jakoś tam działają i na ślinę kleją historię, żeby nie rozpadła się przy pierwszym kopnięciu z półobrotu. I jak sobie na tę opowiastkę spojrzymy z boku, to wypada jak coś całkiem funkcjonalnego, mimo głupotek i nie zawsze jasnych reguł tego (głównie dotyczy to zjawisk magicznych). Po prostu historia wypada bardzo zdawkowo (np. wątki niektórych bohaterów z części pierwszej), a informacje są nam podawane na tacy, nie odkrywane, bo nie ma na to czasu. Paradoksalnie, to wszystko jeszcze idzie wybaczyć – wszyscy wiemy, po co idziemy do kina na ten film. Fatalne w skutkach mogło okazać się coś innego.
Historię o typiarach i typach broniących świata za pomocą kopnięć, pięści, laserów i kul ognia w ramach starć 1 vs 1 warto opowiadać z pewnym dystansem. Świetnie to wychodziło w latach 80. i 90. – czego dowodem było rozkosznie przaśne „Mortal Kombat” Paula W.S. Andersona. „MK2” McQuoida łapie w tym aspekcie zadyszkę. Wiele scen podaje się tu poważnie i bez nawiasu. W połączeniu z ekspozycjami tracą na lekkości, która usprawiedliwiłaby każdą głupotkę. Widać to zwłaszcza w wątkach bohaterów poprzedniej części i – po trochu – Kitany (klimatem wierny grom, trzeba przyznać) odgrywanej przez niezłą Adeline Rudolph. Wypadają jak tanie, sztywne fantasy, ledwie funkcjonalny szkielet. No, księżniczka akurat ma co robić i pewną drogę do przejścia, ale dziewczynę puszczono na fabularne skróty.
Film niemal dał się zagonić do narożnika przez ten brak balansu podczas rozbiegowych rund. Zdawało się wręcz, że dzieło McQuoida chwilami markuje ciosy, mimo radosnej brutalności, ale na szczęście na ring wpadło wybawienie. Za sprawą Karla Urbana „Mortal Kombat 2” przeszło do ataku.
Full contact!
W momencie, w którym Johnny Cage wkracza na scenę i stoi w centrum akcji, film nabiera rumieńców. Perspektywa tej postaci nadaje całości odpowiedniego luzu, a resztę robi charyzma i zaangażowanie aktora. Bohatera uczyniono naprawdę sympatycznym, a samoświadomość dodaje kreacji charakteru. To jedna z dwóch, może trzech (licząc pewien powrót-niespodziankę) postaci, jakie mają do przejścia drogę, która ładnie spaja wszystkie mordobicia. Kiedy historia kręci się wokół Cage’a – to nawet dialogi nabierają kolorów, a kilka gagów autentycznie bawi. Paradoksalnie, od któregoś momentu nieźle ogląda się też dętą opowiastkę Kitany.
Wiadomo, wszystko to służy podkładowi pod mordobicia. I dzięki temu, że cokolwiek wiemy przynajmniej o niektórych postaciach – oraz dzięki ich generującej przywiązanie charyzmie – wsiąkamy w ten festiwal łamania kości, szlachtowania i nadziewania na ostrza rozmaitego żelastwa. A przemoc pokazano tu z odpowiednio wisielczo-gamingowym zacięciem – i absolutnie bez filtra. Jeśli coś ma zostać ucięte, to bohaterowie zrobią to z rozmachem.

Większość starć wypada co najmniej dobrze, podparto je porządną choreografią i muzyką, a CGI, nawet jeśli nieco zalatujące grą wideo, robi robotę i jakoś tu do tej radosnej tandety pasuje. Zwłaszcza, że wszystko podano w formie wiernej gamingowemu oryginałowi. Fani odnajdą mnóstwo smaczków, rozpoznają areny, na których przelewali krew swoją i cudzą, docenią wykorzystanie broni i znanych ciosów, a nawet rytmu rund i walki. Jako osoba wychowana na tej serii bijatyk – miałem czym nacieszyć oko.
Liczy się ostatnia runda?
W ostatnim akcie dzieje się jakaś magia. Pocieszna, nieco niezgrabna przygoda przeistacza się w bardzo porządnie zsynchronizowane filmidło, gdzie starcie toczone na dwóch płaszczyznach nabiera rumieńców, dostarcza sporo emocji i bawi nawet największymi absurdami, mimo że sprowadza się do gonitwy za pretekstowym artefaktem i klasycznej walki o losy świata. Świetnie gra wtedy i scenografia, i kopaniny oraz wywijanie bojowym, fikuśnym żelastwem (z tym nieźle było już wcześniej), i bohaterowie.
Kurczę, nawet finałowa coda pogrywa z naszymi oczekiwaniami i okazuje się całkiem auto-ironiczna. Zupełnie, jakby drugą połowę kręcił jakiś inny, bardziej świadomy tego, co robi Steve McQuoid. Nie przeszkadza w tym, oczywiście, skoncentrowanie się na Johnnym Cage’u i paru konkretnych zawodnikach. Ostateczny efekt jest taki, że gdy wychodzicie z kina, to raczej uśmiechnięci, i zapominacie o głupotach ze środka. Zostaje satysfakcja i świadomość, że tym razem „Techno Syndome” brzmi dobrze. Niemal tak, jak zawsze powinien.
OCENA: 6.5/10
PODSUMOWANIE: Film momentami idzie na skróty oraz w tanie ekspozycje, ale ostatecznie dostarcza przyjemnie krwawy spektakl, a Karl Urban kradnie show. To filmidło da się lubić przy wszystkich wadach!