Kompletnie nie wierzyłem w „Street Fightera”, ale to (chyba) najlepsza adaptacja bijatyki dotychczas [RECENZJA]

Kompletnie nie wierzyłem w „Street Fightera”, ale to (chyba) najlepsza adaptacja bijatyki dotychczas [RECENZJA]
Tu nawalanka, tam durny żarcik. Prawdziwe kino rozrywkowe.

Przyznaję bez bicia – nie spodziewałem się za wiele po tym filmie. Obawiałem się, że podzieli on losy pierwszej części zrebootowanego Mortal Kombat, która ostatecznie okazała się nudna, miałka i mocno przekombinowana, choć wypuszczone przed premierą zwiastuny zapowiadały raczej niezłej jakości widowisko.

Bałem się, że „Street Fighter” również okaże się kiepsko napisaną wydmuszką, cieszącą w zasadzie wyłącznie najbardziej oddanych fanów serii. Na szczęście to zupełnie nie ten casus. Nie będę zatem trzymał was dłużej w niepewności – „Uliczny Wojownik” jest udanym, przezabawnym mariażem kina akcji i totalnie kampowej komedii. Ów miks gwarantuje zresztą opuszczenie sali kinowej z szerokim „bananem” mimowolnie malującym się na ustach. I to nie tylko graczom.

O dwóch takich, co tłukli się po mordach

Fabuła skupia się przede wszystkim na słynnym duecie Ryu z Kenem. Pierwsze skrzypce gra tu jednak blondwłosy dryblas, będący przecież od zawsze w cieniu potężniejszego brata. Zaskakujący jest już sam początek seansu, ponieważ jeszcze przed pojawieniem się na ekranie aktorów oglądamy pierwszą dłuższą sekwencję stylizowaną na anime. 

Podobnych wstawek, służących ciekawemu przedstawieniu retrospekcji z dotychczasowych losów bohaterów, nagrano kilka. Wszystkie animowane segmenty utrzymują wysoki poziom, świetnie uzupełniając całkiem zgrabny, choć bez wątpienia „pretekstowy” scenariusz.

USA, blond i Shoryuken

Akcja filmu osadzona została w 1993 roku. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, dorzucę jedynie, że klimat kolorowych, kiczowatych, wybitnie amerykańskich lat 90. odwzorowano nad wyraz rzetelnie. To w końcu wciąż era wypożyczalni VHS-ów, połyskujących dresów tudzież kanciastych samochodów. W „Street Fighterze” naprawdę się to odczuwa.

Kena raczej nie da się nie polubić: to głupkowaty, wesoły narwaniec, próbujący wycisnąć jak najwięcej ze swojej gasnącej sławy. Sęk w tym, iż ta sprowadza się wyłącznie do bycia kosmicznie przystojnym sparingpartnerem Ryu, uznanego za najlepszego wojownika na planecie Ziemia. Tytuł przyznano mu sześć lat wcześniej, podczas ważnego turnieju. Od tamtego wydarzenia panowie nie mieli ze sobą kontaktu, więc natrafiając na siebie po przerwie mają sporo do nadrobienia.

Ken nie próbuje oczywiście odnawiać znajomości rozmową. Chłop natychmiast rzuca się na rywala, co prowadzi do króciutkiej, acz przezabawnej potyczki. Zaniepokojonych uspokajam – nie brakuje tu również scen walk bardziej na serio, lecz nie spodziewajcie się względnie realistycznej choreografii. Co chwila obserwujemy bowiem obrotowe kopnięcia, ciosy pięściami posyłające zawodników w przestworza, czy kultowe ataki specjalne: Dhalsim rozciąga kończyny, Zangief częstuje firmowym rzutem przez plecy, zaś Chun-Li wymachuje nogami z prędkością zbliżoną do uników Agenta Smitha z kultowego „Matriksa”. Zabawa na całego.

W ryj dać mogę dać

Chociaż crème de la crème stanowią, rzecz jasna, widowiskowo zrealizowane starcia, równie często poznajemy pełne dialogów sceny wyjaśniające motywy stojące za działaniami tutejszych osobistości. Nie brak w nich absurdalnego humoru. M. Bison (w tej roli jak zwykle znakomity David Dastmalchian) szczytuje za każdym razem, gdy czyni zło, czyli dosłownie co chwilę. Zangief potrafi wydusić z siebie kilka słów, zaś ubrany w połyskujący dres pięściarz Balrog, popisowo zagrany przez samego 50 Centa, non stop szuka okazji, by sieknąć kogoś prawym sierpowym. I jak tu się nie cieszyć oglądając takich popraprańców?

Co jednak najważniejsze, dzieło Kitao Sakuraia aż kipi od rewelacyjnie zrealizowanego fanserwisu. Niepoważne już w samych założeniach postacie pozostały niepoważne, pozwalając sobie też często na durne, rubaszne bądź kompletnie nieadekwatne do sytuacji żarty. Jak natomiast wypadł Jason Momoa w roli Blanki? Musicie przekonać się sami, niemniej bestia kradnie każdą scenę ze swoim udziałem.

Światełka i styropiany 

Wspomnę jeszcze o efektach specjalnych. Te opierają się głównie na nienajgorszym CGI, choć co rusz zauważamy również pracę utalentowanych kaskaderów. Scenografia wielokrotnie sprawia wrażenie strasznie taniej, jednakże to zabieg niewątpliwie celowy. Momentami lepiej niż dobrze widać, iż krusząca się od uderzeń ściana nie została zbudowana z cegieł, a z kartonu oraz pomalowanego gdzieniegdzie styropianu. Nie zrozumcie mnie jednak źle: areny prezentują się naprawdę stylowo, gdyż serwowany kicz podano ze smakiem.

Odrealnioną atmosferę zapewniają ponadto żywe, przerysowane barwy i różnokolorowe, intensywne światła, przypominające nieco podświetlany setkami LED-ów sprzęt gamingowy. Krótko mówiąc, wizualnie zgadza się niemalże wszystko. Przyczepić mogę się w zasadzie tylko do długości obrazu – uważam, że scenariusz nie straciłby zbytnio na usunięciu kilku wątków pobocznych, wywołujących dłużyzny w środkowej części filmu.

Bawiłem się świetnie

Jako umiarkowany fan serii, opuszczałem pokaz przede wszystkim z uczuciem ulgi. Cóż, kinowe adaptacje gier wideo często okazywały się produkcjami co najwyżej średnimi, a tymczasem 2026 rok może poszczycić się już trzecią dobrą ekranizacją opartą na znanej marce. Wcześniejszymi były, rzecz jasna, wielokrotnie przekładane „Mortal Kombat 2” i rewelacyjne „Resident Evil”.

„Street Fighter” nie jest może filmem udanym na absolutnie każdej płaszczyźnie, ale z całą pewnością pełnym ciekawych, zaskakujących i po prostu fajnych pomysłów. A, na sam koniec jeszcze jedno – tutejszy poziom totalnego absurdu przekona do siebie również osoby kompletnie niekojarzące plejady charakterów znanych z cyklu Capcomu. Pośród takich widzów była zresztą moja wyraźnie uradowana dziewczyna (cześć, Natalka!).

PS Podczas seansu przedpremierowego na sali siedziała z nami pani Marianna Schreiber, co niewątpliwie dodało splendoru całemu przedsięwzięciu.

„street fighter” – ocena i podsumowanie

OCENA: 7

PODSUMOWANIE: „Street Fighter” jest kolejną udaną adaptacją gry wideo w tym roku. Sporo tu akcji, ale prawdopodobnie jeszcze więcej absurdalnego humoru, który spodoba się nawet największym smutasom.

Dołącz do dyskusji