9 godzin temu

Przepadłam w książce, z której nie chcę wracać. „To królestwo mnie nie zabije” – recenzja

Przepadłam w książce, z której nie chcę wracać. „To królestwo mnie nie zabije” – recenzja
Wyobraźcie sobie, że niespodziewanie budzicie się w świecie ze swojej ulubionej powieści. Nie jako jeden z jej bohaterów, tylko jako wy sami. Do tego zupełnie nadzy i bez grosza przy duszy, za to z ogromną wiedzą o tej krainie i pomysłem na to, jak przetrwać zbliżające się wydarzenia.

Ostatnio rynek zagraniczny zalewany jest przez literaturę portal fantasy czy isekai – w tego typu pozycjach bohater zostaje przeniesiony do znanego mu na wylot świata. Zazwyczaj trafia wtedy do ciała postaci bliskiej śmierci albo będącej tuż przed znaczącym wydarzeniem. Co więcej, jest to przeważnie ktoś odgrywający istotną rolę lub działający z ukrycia – ale nie w najnowszym dziele Ilony Andrews.

Isekai po nowemu

W powieści „To królestwo mnie nie zabije” Maggie niespodziewanie budzi się naga w rowie, a nad nią majaczy Wieża Magów. Dziewczyna szybko dochodzi do wniosku, że znalazła się w Kair Toren, stolicy królestwa Rellas, które wykreował Adrian Latour w jej ulubionych książkach zatytułowanych „Złodzieje z Północy” i „Władcy ze Wschodu”. Problem w tym, że ta historia nigdy nie doczekała się zakończenia, a ona ląduje na samym jej początku. Wiedza o tym świecie i jego bohaterach daje jej jednak strategiczną przewagę, dzięki której zbiera wokół siebie drużynę i próbuje powstrzymać to, co nadciąga. W zanadrzu ma przy tym jeszcze jeden atut pod postacią nieśmiertelności.

Najnowsza książka Ilony Andrews (a właściwie duetu pisarskiego, w skład którego wchodzą Ilona oraz Andrew Gordonowie – Ilona Andrews to pseudonim artystyczny tej dwójki) wypada wręcz genialnie. Próg wejścia dla osób, które dotąd nie miały do czynienia z isekai czy portal fantasy, okazuje się jednak dość wysoki. Niemniej warto przetrwać początkowy natłok postaci i informacji, gdyż mniej więcej w jednej trzeciej powieści następuje potężny zwrot akcji, po którym zbierałam szczękę z podłogi. Dawno nie zostałam tak oszukana i dosłownie czułam się tak samo mocno rozczarowana jak bohaterka.

Heroina, której zazdrościmy

Z samą Maggie łatwo się utożsamić – uwielbia oglądać seriale na Netfliksie, grać w gry (na Steam Decku!) czy zasypiać przy ulubionej lekturze. Jej zakorzenienie w popkulturze sprawia, że w książce roi się od znajomych nawiązań, chociażby do pewnych skrytobójców biegających po dachach i ubierających się na biało. Protagonistka jest przy tym inteligentna i trudno odmówić jej determinacji. Gdy nagle zjawia się w obcym świecie, nie panikuje, tylko od razu obmyśla plan działania. Początkowo nosi się z zamiarem powrotu, jednak z czasem wsiąka w nową rzeczywistość i zaczyna zapominać, że to tylko fikcja.

Znajomość przyszłości pomaga jej przetrwać i zdobyć sojuszników, na których coraz bardziej jej zależy. Zdaje sobie przy tym sprawę, że naruszenie linii czasu ma swoje konsekwencje i że w końcu cała ta wiedza przestanie być użyteczna. Zwłaszcza gdy historia sama próbuje naprawiać wyrządzone przez Maggie szkody – w związku z czym bohaterka pomału traci rezon, a w nas narasta niepokój, że przeznaczenie i tak znajdzie sposób, by się wypełnić.

Świat, który żyje

Dobrze wypadają postacie drugoplanowe. Każda wnosi do fabuły coś innego i żadna (choć jest ich wiele) nie wydaje się bezbarwna. Ich relacje z Maggie rozwijają się stopniowo i najczęściej są inicjowane przez konkretne zdarzenia. Sama powieść stawia przy tym wiele pytań, nie dając na nie odpowiedzi. 

Najważniejsze dotyczy oczywiście początku całej historii. Jak bohaterka w ogóle trafiła do tego świata? Skąd jej nieśmiertelność i czy istnieje jakiś limit zgonów? Czy jeśli zostanie pożarta w całości, to się odrodzi, a może obudzi się we własnej rzeczywistości? Te niewiadome skutecznie podtrzymują ciekawość, bo ciągle mamy z tyłu głowy, że Maggie w każdej chwili może niespodziewanie wrócić do domu. I co wtedy? Czy zmiany, które wprowadziła, po prostu przestaną istnieć?

Małżeństwo Gordonów przykłada ogromną wagę do szczegółów – od ubrań i wyglądu postaci po konkretne lokacje. Nie jest to wprawdzie poziom Tolkiena czy Sandersona, którzy potrafiliby przez kilkanaście stron portretować jedno drzewo (oczywiście trochę sobie żartuję), ale wyraźnie widać, że autorom zależy, by czytelnik oglądał wszystko ich oczami. Opisy są bardzo plastyczne – niemal czujemy zapachy, widzimy piękne suknie, wyobrażamy sobie walki czy to, jak gęste futerko ma zwierzęca towarzyszka Maggie. Z biegiem czasu te detale zaczęły mnie jednak zwyczajnie męczyć. To nie jest lekkie, przygodowe fantasy.

Szczególnie charakterystyka kolejnych bohaterów i rodów wymaga skupienia. Czasem jakaś postać pojawia się na chwilę, ale Maggie i tak streszcza całą jej historię. Na dokładkę wiele imion zaczyna się na literę S (Solentine, Sauven, Silveren), przez co musiałam nieraz cofać się kilka kartek, żeby przypomnieć sobie, kto jest kim. Przy ponad 700 stronach to naprawdę dużo do udźwignięcia.

Romantasy? Niekoniecznie

Na jednym z zagranicznych forów poświęconych tej powieści przeczytałam, że najwięcej zarzutów dotyczy dwóch kwestii. Pierwsza: część czytelników zalicza „To królestwo mnie nie zabije” do gatunku romantasy. Osobiście nie poszłabym tak daleko. Owszem, występuje tu wątek romantyczny – nawiasem mówiąc, ja akurat za takowymi nie przepadam, zwłaszcza gdy są płytkie i bez podstaw. Tutaj jednak postawiono na slow burn, rozwijający się przez całą książkę jako naturalny efekt czasu spędzanego wspólnie przez bohaterów. I właśnie to do mnie przemówiło. Czasem łapałam się nawet na tym, że już chciałam, by postacie wreszcie padły sobie w ramiona, ale czy tak się faktycznie stało… musicie przekonać się sami. Można więc mówić o fantasy z delikatnie zaznaczonym miłosnym motywem, jednak zdecydowanie nie gra on tu pierwszych skrzypiec.

Drugi zarzut dotyczy narracji. Historia opowiadana jest wyłącznie z perspektywy Maggie, co ogranicza dynamikę. I faktycznie ma to swoje następstwa, szczególnie w scenach starć, które kończą się równie szybko, jak się zaczynają. Chłoniemy wszystko oczami jednej osoby – a ta najczęściej stoi z boku i nie bierze bezpośredniego udziału w walce. Niemniej samego sposobu prowadzenia intrygi nie powstydziłby się George R.R. Martin, chociaż u niego wyglądałoby to zapewne znacznie bardziej krwawo. Polityka i rywalizacja między rodami zajmują tutaj dużo miejsca i niekiedy przypominają rozgrywki z Królewskiej Przystani: spiski, prowokacje i manipulacje są tu na porządku dziennym.

„Outlander” i „Gra o tron” w jednym?

Nie będę ukrywać, że sięgnęłam po „To królestwo mnie nie zabije” skuszona głównie przez opis reklamujący je jako połączenie „Outlandera” i „Gry o tron”. Uwielbiam oba seriale, jednak z tym porównaniem nie do końca się zgadzam. Wiem, że to stary marketingowy trik, ale ze słów Maggie wynika, iż to książki Adriana Latoura, które czytała, są bardziej hardkorowe niż to, co przeżywa ona sama. Oczywiście ma to przyczynę w tym, że dziewczyna stara się zmieniać bieg wydarzeń i nie dopuszczać do rozlewu krwi. Ale szczerze? Chętnie zapoznałabym się z treścią oryginalnej powieści i niekiedy zazdrościłam bohaterce tej lektury.

Jeżeli podczas czytania kąciki ust same mi się unoszą, parskam śmiechem albo serce nagle mi przyspiesza, wiem, że mam do czynienia z naprawdę dobrą książką. I taką właśnie jest „To królestwo mnie nie zabije”. Nie doskwierał mi ciężar tych ponad 700 stron, bo akcja parła naprzód, a każde kolejne wydarzenie sprawiało, że zwyczajnie nie mogłam się od tej pozycji oderwać. Odczuwam niedosyt i z niecierpliwością wyczekuję kolejnego tomu.

„To królestwo mnie nie zabije” – ocena i podsumowanie

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: „To królestwo mnie nie zabije” stanowi świeże podejście do gatunku isekai z intrygami godnymi George’a R.R. Martina. Maggie to bohaterka, z którą jako czytelnicy łatwo możemy się utożsamić. Minusy? Początkowy nadmiar informacji potrafi przytłoczyć, ale niedosyt po ostatniej stronie mówi sam za siebie.

Skomentuj