Ten nowy cyberpunkowy horror to piekło dla duszy i oczu. „Her Private Hell” – recenzja
Na festiwalu filmowym w Cannes Refn zaskoczył wszystkich, wielokrotnie wspominając – zarówno na konferencji prasowej, jak i w wywiadach z dziennikarzami – że w 2023 roku doznał śmierci klinicznej na 25 minut. To wydarzenie nie tylko odmieniło jego postrzeganie świata, ale też zainspirowało do pracy nad filmem „Her Private Hell”, który miał premierę właśnie na francuskim festiwalu. Co więcej, otrzymał aż dziesięciominutowe owacje, co w teorii powinno świadczyć o tym, że mamy do czynienia z czymś zupełnie wyjątkowym.
Tyle że wcale tak nie jest. Spekulacje i przewidywania krytyków sprawdziły się w stu procentach – najnowszy dramat (?) czy też horror (?) Refna to całkiem niezły bajzel. Taki, którego zarazem nie sposób traktować serio (bo dobrana tonacja zawodzi), jak i jako klasycznego guilty pleasure (bowiem totalnie stara się być czymś więcej, niż być powinien). Czuć, że Refn inspiruje się tu metahistoriami w stylu Kojimy, ale brakuje mu tej klarowności przekazu, którą otrzymaliśmy m.in. w dyptyku Death Stranding.

Hideo robił to lepiej
I właśnie dlatego nie powinna dziwić pretekstowa fabuła. Ta niby opowiada o ważnym dla Refna ojcostwie, ale tak na dobrą sprawę może być potraktowana jako stek bzdur opakowanych w elegancki lakmusowy papierek neonowej estetyki. „Her Private Hell” zostało osadzone w pseudocyberpunkowej, futurystycznej metropolii. Nie bardzo wiemy gdzie, kiedy ani dlaczego – Refn po prostu wciąga nas w wir tej pokręconej opowieści, oczekując, że zaufamy mu „just like that”, jak to nieraz pisała Carrie Bradshaw. Od początku jednak do świata przedstawionego wkrada się sztuczność (niezwiązana wyłącznie z małym budżetem). Ekspozycja kuleje: za mało wiemy o tym miejscu, by poczuć z nim jakąkolwiek więź.

Na przemian śledzimy losy młodej aktorki Elle (Sophie Thatcher) oraz tajemniczego szeregowego K. (Charles Melton), czyli maszyny do zabijania o grobowym spojrzeniu. Ich snute równolegle historie coraz bardziej zaczną się przecinać. Ona szuka miłości i zrozumienia u ojca zwyrola, który właśnie poślubił jej najlepszą przyjaciółkę (nie pytajcie o szczegóły, nie ma to większego sensu). On natomiast poszukuje swojej zaginionej (i uznanej za zmarłą) córki. Już na starcie otrzymujemy więc dwie figury ojcowskie – ale tylko jedna z nich okaże się godna szacunku.
Miauczyński czy Refn?
Podczas oglądania nowego obrazu kinowego Refna stanęła mi przed oczami jedna z bardziej interesujących scen z „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego. Ta, w której Adaś Miauczyński (Cezary Pazura) rozmawia ze swoim kolegą w budce i wspomina ich dawne plany. Chodzi o pomysł nakręcenia filmu – i to nie byle jakiego. „O tyle trudno, że film nie ma klasycznej akcji, tylko jest czymś w rodzaju snu na jawie” – tłumaczy Miauczyński. – „I w tym śnie na jawie bohater rozmawia i w ogóle ma do czynienia z postaciami z jego myśli. Ma różne zwidy” – dopowiada. Refnowski teatr masek i wszechobecnej zmysłowości przypomina właśnie taki sen na jawie. Gdyby wspomniany Adaś faktycznie nakręcił „Zaczerpnąć dłonią” (tak brzmi tytuł jego niedoszłego arcydzieła), pewnie dostalibyśmy coś w rodzaju wydumanego i trudnego w odbiorze „Her Private Hell”.

Problem pojawia się również w związku z tym, w jaki sposób Refn prowadzi swoich – notabene utalentowanych – aktorów. Jak się okazuje, reżyser postanowił pobawić się w wielką improwizację, ufając intuicji oraz imitując senną atmosferę stopniowo zmieniającą się w koszmar za dnia. Na planie istotniejsza od scenariusza najwyraźniej była spontaniczność. Duńczyk trochę się z tym przeliczył i wyszedł mu film pełen przedziwnych i nieadekwatnych aktorskich reakcji – zbyt performatywny, by nie zaśmiać się choć raz w trakcie całego seansu. I tak jeszcze na marginesie: to tutaj oglądamy najsłabszą rolę Sophie Thatcher w jej karierze; a przecież sam myślałem, że to ten rodzaj aktorki, której charyzmatycznej prezencji nie da się ot tak zepsuć.
Jak to mówi Miauczyński w tej samej rozmowie – „mieć albo być”. I to wygląda tak, jakby Refn nie umiał się zdecydować, którą opcję wybiera. I tak, neonowa estetyka ma szansę nie tyle zachwycić, co – poniekąd – w jakimś stopniu zaskoczyć. Refn udowadnia, że wciąż jest w stanie kontrolować aranżację scen oraz wykreowany suspens. Gdy zapominamy o narracji i skupiamy się na odczuwanych emocjach – niczym we śnie właśnie – „Her Private Hell” potrafi momentami zadowolić. Ale to wciąż nie wystarczy, by stać się nową kultową klasyką ze stajni duńskiego reżysera.
Film zadebiutuje w polskich kinach 24 lipca.
OCENA: 4
PODSUMOWANIE: Film Refna złamał serca wielu canneńskim kinofilom – nikt nie oczekiwał cudów, wiadomo, ale to wciąż za mało na twórcę tej rangi.
Dziękuję za spokojną recenzję. To cenna umiejętność – umieć skrytykować coś słabego bez nienawiści i jadowitej nawalanki.
No i zachęcił. Refna bardzo lubię, zobaczymy, czy autor recenzji ma rację czy tylko bajdurzy, jak wielu przy Jokerze 2 i Megalopolis.