Przed chwilą
1 Komentarze

Nowa „Mumia” nie zasługuje na tak ostrą krytykę. Skoro fachowcy mają ją za gniota, to ja poproszę więcej takich gniotów [RECENZJA]

Nowa „Mumia” nie zasługuje na tak ostrą krytykę. Skoro fachowcy mają ją za gniota, to ja poproszę więcej takich gniotów [RECENZJA]
Niewiele tego typu filmów zebrało na starcie takie cięgi jak „Mumia: Film Lee Cronina”. Podobno podczas pokazu testowego James Wan, jeden z producentów, wyszedł z sali i nie wrócił. Teraz krytycy w większości nie zostawiają na tym obrazie suchej nitki (albo bandażu). Co jednak tak naprawdę kryje się pod sarkofagiem Cronina? Sprawdziłem i uważam, że więcej, niż się spodziewamy.

Mamy ostatnio dobry moment dla kina grozy. To mnie cieszy, bo strach jest jedną z fundamentalnych emocji, które napędzają rozwój kinematografii. Wciąż szukamy nowych sposobów przerażania widza. Dlatego poszedłem na „Mumię” pełen obaw, gdyż nie ma ona zbyt dobrej prasy, a słaby i nudny horror to ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest o wiele lepiej, niż myślałem. Ba! Jestem w stanie nawet uznać, że Croninowi wyszło naprawdę dobre kino gatunkowe. Nic wybitnego, bo brakuje tu przede wszystkim świeżości na poziomie samej opowieści. Wciąż mamy jednak do czynienia z produkcją, która broni się pod kilkoma istotnymi dla gatunku względami. 

Niby to samo, a jednak inaczej

Małoletnia córka dziennikarza zostaje porwana w Kairze, gdzie jej ojciec jest korespondentem telewizyjnym. Mija osiem lat. Rodzina dziewczynki wraca do Stanów i mimo upływu czasu wciąż nie może się otrząsnąć z tragedii. Jej plany i marzenia przepadły gdzieś w burzy piaskowej, w której zniknęła Katie. I nagle rodzice dostają telefon z Egiptu. Dziewczyna się odnalazła. Jej powrót, co nietrudno przewidzieć, zmienia się jednak w koszmar na jawie. Bo to, co wróciło do rodziny, nie jest już kimś, kogo wszyscy kochali. Jasne, dostajemy tu do bólu schematyczną i przewidywalną historię, w której mumię można zastąpić dowolnym demonem opętującym dziecko. Wiem, że to film totalnie odtwórczy – fabularnie widzieliśmy to już przede wszystkim w „Egzorcyście”, a i sama tytułowa mumia z egipskimi klimatami ma wspólne głównie bandaże, ale… i tak bawiłem się przednio. 

fot. Warner Bros.

Dlaczego? Bo Cronin miał jaja, wziął znany tytuł, kultową figurę i zdecydował się zrobić SWOJE – naprawdę jakościowe na poziomie realizacji – kino. No i przede wszystkim odważył się wbrew oczekiwaniom widzów przywrócić „Mumię” horrorowi. Przecież popkulturowo – głównie za sprawą przygodowych produkcji z Brendanem Fraserem – ta postać przestała się kojarzyć z grozą, a tymczasem klasyczne podejście i jej miejsce w panteonie wielkich potworów Universalu oznaczone są tabliczką z napisem „straszne”. Co więcej, twórca „Martwego zła” okazał się bezkompromisowy, momentami brawurowy. Jasne – można było podkręcić ostateczny poziom makabry, a podwójny finał trochę nie „dowozi”. Wydaje mi się, że dałoby się mocniej wykorzystać potencjał body horroru, zaś fabułę poprowadzić bardziej kreatywnie. 

To ostatnie, oprócz faktu małej ilości mumii w „Mumii”, jest mimo wszystko największym problem tej produkcji. Bo na poziomie opowieści nie ma tu większych… dobra, nie ma tu żadnych zaskoczeń. Kolejne założenia typowego scenariusza filmu grozy są odhaczane z matematyczną precyzją, bohaterowie zgodnie z podręcznikiem podejmują głupie decyzje, po macoszemu traktuje się też pojawiające się (tak jak pewien profesor) postacie drugoplanowe. Dlatego jeżeli doświadczony i obeznany z konwencją widz wyłapie, czemu Cronin się kłania, szybko przewidzi kolejne punkty na mapie wydarzeń. Ale jakimś cudem to wszystko wciąż się broni! Najbardziej zdumiewa mnie to, że mimo naprawdę zaskakująco długiego metrażu (2 godziny i 12 minut) fabuła pędzi tu jak szalona. Trochę długo tkwimy pomiędzy pierwszym a drugim aktem, za to gdy dochodzi do momentu kulminacyjnego, lecimy już na łeb na szyję. I jest to w jakiś sposób wada, ale też… zaleta. Przypomnijcie sobie film, który miał przeszło dwie godziny i się wam nie dłużył. No właśnie.

Barachło?

Jak widać, trochę pomarudziłem. Tak więc w jakiś sposób rozumiem zarzuty kolegów i koleżanek po fachu. Ale tylko w jakiś, bo skoro akurat ten horror jest przez spore grono krytyków uważany za barachło, to oby takich baracheł powstało jeszcze więcej. Tak niskie oceny w mojej opinii mogą wynikać głównie z rozczarowania tym, że faktycznie nie jest to pozycja, w której czuje się aurę i ducha starożytnego Egiptu, faraonów oraz estetykę kina nowej przygody. Ale, na wszystkich bogów Nilu, już za samą jakość produkcji, poziom realizacji, zdjęcia i charakteryzację Croninowi należy się uznanie. Dosłownie wszystko stoi tu na przyzwoitym, a nawet wysokim poziomie.

Momentami oglądamy bardzo oryginalne sceny, naprawdę odrażające ujęcia, które powodują, że można się wzdrygnąć albo uśmiechnąć (zwłaszcza jeśli jest się fanem body horroru w stylu Davida Cronenberga). Wszystko bowiem pozostaje wciąż w tej charakterystycznej konwencji i umowności. Kolejnym ogromnym atutem są efekty. W czasach zielonych teł, szarzyzny i nijakości CGI w „Mumii” robi robotę. Wyszedłem z seansu usatysfakcjonowany, a kilka scen autentycznie zaskoczyło mnie pomysłowością.

„Mumia: Film Lee Cronina” nie zmieni kina, nie zapadnie szczególnie w pamięć. Do tego potrzebowałaby bardziej nieszablonowego scenariusza. Jednak zdecydowanie nie jest to film, który zasługuje na zrównanie z błotem. Zachęcam do obejrzenia i wyrobienia sobie własnej opinii, zamiast polegać wyłącznie na fali krytyki. Mimo wymienionych tu uwag nie miałem ani razu momentu, w którym czułbym, że oglądam jakiś paździerz – a na takowy „Mumię” się kreuje. Ta historia ma sens, ręce i nogi, a klimat i gdzieś w tle przemycony komentarz o radzeniu sobie z tragedią i poczuciem winy po prostu działają.

„mumia. film lee cronina” – podsumowanie i ocena

OCENA: 7

PODSUMOWANIE: Solidne kino, które może nie będzie punktem zwrotnym w historii dziesiątej muzy, ale na poziomie tego, co sobie założyli twórcy, zdaje egzamin. Wiem, że tak krwiożercza i paskudna maszkara jak mumia Cronina nie potrzebuje obrońcy, ale chcę się dzisiaj postawić właśnie w tej roli. Należy jej się to.

Jedna odpowiedź do “Nowa „Mumia” nie zasługuje na tak ostrą krytykę. Skoro fachowcy mają ją za gniota, to ja poproszę więcej takich gniotów [RECENZJA]”

  1. Kim sa ci fachowcy, jakie maja tytuly naukowe i ile lat mieli jak wychodzila pierwsza czesc?
    Zeby byc fachowcem to wg mnie trzeba byc elitą i przynajmniej 30 letnie doswiadczenie i w przypadku filmow skonczone studia z tej dziedziny.
    Inaczej jest sie samozwanczym krytykiem, a nie fachowcem.

Skomentuj