Pracowników Rockstara zmuszano do pracowania przez całe weekendy. Powód: przyjeżdżało kierownictwo
Były główny projektant trybu multiplayer Red Dead Redemption, Kris Roberts, wystąpił niedawno w podcaście Kiwi Talkz i opisał ostatnie sześć miesięcy produkcji gry jako najgorszy okres crunchu w swojej karierze. Jego zarzut nie dotyczy jednakże samych nadgodzin (crunch w Rockstarze to żadne novum, niestety), ale tego, czemu owa dodatkowa praca miała służyć. Wcale nie temu, żeby szybciej stworzyć dobrą grę.
Całą swoją opowieść Roberts zaczyna od małego zastrzeżenia: przy Midnight Club zostawał w pracy sam, bo chciał – to była jego decyzja i uważał, że to ważne. Inaczej było przy Red Deadzie: mężczyźnie szczególnie zapadły w pamięć sytuacje, w których studio ogłaszało pełną mobilizację akurat na weekendy, bo wtedy przyjeżdżali wysoko postawieni menedżerowie, tacy jak Leslie Benzies czy Sam Houser. Wyobraźcie sobie: jest piąteczek-piątunio, popołudnie, myślami jesteście już absolutnie gdzie indziej, a tu przychodzi mail od kierownictwa z informacją, że w sobotę i niedzielę macie być w robocie. Roberts, mający rodzinę z małymi dziećmi, uznał, że jest to absolutnie nie do przyjęcia.
Zdaniem projektanta miało to naprawdę niewiele wspólnego ze stanem projektu. Chodziło o stworzenie pozorów, że zaangażowani pracownicy siedzą w robocie non stop. Niby poważna firma, a klimat jak w polskim januszeksie!
Ponieważ Kris Roberts był głównym projektantem multiplayera, najtrudniejsze spadało na niego, bo musiał pójść i powiedzieć o tym swoim podwładnym. Stwierdził zresztą z przekąsem, że to właśnie umieszcza w pierwszej czwórce powodów, dla którego pożegnał się z Rockstarem. A pracował tam blisko dekadę, jeszcze od czasu Angel Studios. Zaczynał od tuningu pojazdów w serii Midnight Club, natomiast przy Red Deadzie został szefem projektu trybu sieciowego.
Po drodze zmieniły się zasady zatrudnienia i pojawiły się dodatkowe godziny, które z czasem rozlewały się na całe soboty, potem niedziele opisywane jako „opcjonalne, choć zalecane”. Ostatnie pół roku wspomina jak przez mgłę, a to na skutek chronicznego niewyspania.

Rockstar z tym crunchem jest doprawdy udanym pracodawcą, bo wyhodował sobie własny związek zawodowy i wkurzonych pracowników organizujących protesty. A to niekończąca się historia, bo w 2010 w sieci pojawił się list podpisany przez „Małżonków Rockstara”: relacje partnerów developerów, którzy opisywali dwunastogodzinne dni pracy i sześciodniowe tygodnie trwające od marca 2009. Nic nie dał.
Crunch, kiedy trzeba dowieść grę, jest już dostatecznie zły. Strojenie się przed kierownictwem i pokazywanie, jak mocno pracujemy, to już jakiś absurd i abstrakcja.

Macie tą jakość Rockstara. I nie,to że w „każdej” firmie tak jest to nie wymówka. Przy zasobach rockstara i tego ile czekaliśmy na kontynuację crunch jest nieakceptowalny.
Możnowładca przyjeżdża z wizytą pooglądać chłopów robiących w polu. 😀
Szkoda że to brzmi głównie jako problem z kierownictwem, nie zarządem (który jak tyle zarabia to ma lepsze rzeczy do roboty niż się przejmować, i po to płacą średniej półce żeby to oni zarządzali). Bo nagle się komuś gatki palą bo robota nie zrobiona którą sam pewnie obiecał dzień przed bez myślenia.
Jeśli ktoś nie związany z faktyczną robotą w jakiejkolwiek działalności nic nie wnosi wartościowego, to jest to pasożyt którego powinno się pozbyć. I to mnie będzie bawić do końca życia: stawianie pasożytów w pozycji gdzie mogą o czymś decydować.
Niestety tych szczebli jest tyle że to nawet często nie jest wina konkretnych osób a całego cyrku który odprawiają razem.
Często te pasożyty są na samym szczycie, a nie na dole u szeregowego pracownika.
A może po prostu pracownikom brakowało jaj, żeby powiedzieć, że nie zostaną? Ja we wszystkich dotychczasowych firmach odmawiałem robienia nadgodzin mówiąc wprost, że mi się nie chce, nie mam czasu albo nie pasuje mi położenie Księżyca na niebie. I jakoś nikt mnie z tego powodu nie zwolnił, a siedzę w tej branży już ponad 12 lat (wliczając stanowiska kierownicze). Natomiast spotykałem się ze współpracownikami, którzy zostawali zawsze, nawet nieproszeni, bo czuli taki obowiązek. Co kto lubi, ale o własną dupę trzeba dbać samemu.