Steam Machine miało być tańsze, ale apetyt na AI wszystko zepsuł. Valve twierdzi, że drogi sprzęt jest tym, czego powinniśmy chcieć
Valve wczoraj oficjalnie podało ceny Steam Machine i od razu zaczęło tłumaczyć się z tego, że wyszły wyższe, niż firma sama planowała. W Polsce najtańszy wariant to 4387 zł, najdroższy zaś 6048 zł – a konfiguracje są cztery. Developerzy nie owijają w bawełnę i sami nazywają moment premiery „dziwnym” jak dla sprzętu, po czym tłumaczą, że w sumie po prostu znaleźli się w takim położeniu.
Powód jest ten sam, który od miesięcy podbija ceny niemal całej elektroniki: pamięć. Gdy w 2023 roku Valve zaczynało kompletować podzespoły, zakładało, że te z czasem będą tanieć, bo pojawią się nowe technologie. W ciągu ostatniego roku jednak cała reguła się odwróciła, szczególnie przy pamięci RAM i nośnikach danych, których globalny niedobór jest napędzany przez popyt na AI. Pierwotny cel, który firma zakładała, nie jest już wykonalny. Podane kwoty mają też odzwierciedlać ceny podzespołów, które udało jej się pozyskać przez ostatnie pół roku. Co więcej, problem uderzył nie tylko w cennik, ale i w dostępność: bywały okresy, gdy Valve w ogóle nie mogło nic dostać, co przełożyło się na skromniejszą pierwszą partię sprzętu.
Najciekawsze jest jednak to, co firma Gabe’a Newella dorzuca do wyjaśnień. Valve mogłoby dopłacać do sprzętu, jak robią to Sony czy Microsoft, ale świadomie nie podejmuje takiego kroku i przekonuje, że gracze również nie powinni sobie tego życzyć. W komunikacie tłumaczy, że klasyczny model konsolowy polega na sprzedaży sprzętu ze stratą i odrabianiu jej na zamkniętym ekosystemie gier czy subskrypcji, a jak stwierdziło samo przedsiębiorstwo, otwarte ekosystemy są graczom na rękę. To ma spójną logikę, bo Steam Machine wcale nie zmusza gracza do kupowania na Steamie. Można podłączyć konto Epica, nikt tego nie sprawdza.

Argument brzmi szlachetnie nawet w kontekście kolekcji jachtów Gabe’a, bo Steam jak do tej pory zachowywał się (jak na korporację) w miarę w porządku. Z drugiej strony, należy docenić szczerość: Steam mówi, że jest drogo, bo jest drogo.
Smaczek historyczny jest taki, że te kilkanaście lat temu Gabe już próbował – i wepchnięcie peceta do salonu skończyło się klapą.
„Podane kwoty mają też odzwierciedlać ceny podzespołów, które udało jej się pozyskać przez ostatnie pół roku”. No, zgadza się. Tłumacząc korpopitolenie na ludzki język, Valve było kompletnie nieprzygotowane na obecną sytuację rynkową i teraz każe za to płacić swoim klientom bezczelnie dodając, że właściwie, to powinni się z tego cieszyć. Alternatywnie, Valve jednak nie zachowało się jak kompletny debiutant w branży technologii (albo Microsoft) i zabezpieczyło odpowiednią ilość podzespołów jeszcze w czasie, gdy wszyscy wieszczyli nadchodzący kryzys, a teraz sprzedaje Steam Machine z ogromnym zyskiem. Nie wiem, co gorsze, natomiast argument o rzekomej „szlachetności” korporacji pozwoliłem sobie głośno wyśmiać, po czym umieściłem go na liście najgłupszych stwierdzeń 2026 roku.
OK, po kolei. Zgadzam się że obecny rzut Steam Maszynek jest prawdopodobnie zrobiony z komponentów które pół roku temu kosztowały grosze, ale Valve nie zabezpieczyło sobie dostaw tych komponentów z wyprzedzeniem na lata. Valve jako firma budująca hardware jest firmą butikową i tak jak to było z oryginalnym Steam Kontrolerem nie ma gwarancji że cały ten hardware pchnie. Tym bardziej że od początku był płacz że Steam Maszyna słaba, że konkurencja ma lepsze i w ogóle lepiej się opłaca samemu zbudować se komputer. Tak więc Valve miało dylemat: albo nakupić komponentów których nikt nie będzie chciał, albo zaryzykować i kupować na bierząco. No i wybrali opcję nr.2
Teraz wyobraź sobie że Valve sprzedało pierwsze 20 tysięcy Steam Maszynek za 500 dolców sztuka bo oryginalne części były tanie. Ale co potem? Nagle z 500 dolców zrobiło się 1300?? Ale jak to? Zdzierstwo i skandal. Oszusty. Tak więc Valve pewnie ustawiło taką cenę jaką będą w stanie utrzymać, biorąc poprawkę na to ile ram i dyski obecnie kosztują.