11
6.09.2022, 05:15Lektura na 7 minut

Asasyn powróci do cieni… ale najpewniej połowicznie [FELIETON]

Za kilka dni doczekamy się oficjalnej zapowiedzi najnowszej odsłony flagowej serii Ubisoftu. Otóż saga, moi mili państwo, powróci podobno tam, gdzie jej miejsce – w cienie. Wszelkie szczegóły poznamy lada chwila, ale skoro mamy przecieki, nie zaszkodzi przecież troszkę pospekulować(*), a przy okazji pozrzędzić na czym świat stoi.

Assassin’s Creed Mirage zabierze nas na Bliski Wschód i pozwoli wcielić się w Basima, jedną z ważniejszych postaci z Valhalli. Mimo owego rodowodu jego wyprawa ma się znacząco różnić od tego, co przeżył(a) Eivor. Ale…

(*) W najgorszym razie będziecie mieli się z czego pośmiać, jeśli w sobotę wieczorem wyjdę na głupka.


Na rewolucję trochę pewnie poczekamy


Zacznijmy może od tego, iż moje podejrzliwe serduszko nie bardzo wierzy, że nadchodząca część wywróci dotychczasowy stan rzeczy do góry nogami i zmieni w pełnoprawną skradankę coś, co ostatnimi laty okazywało się w zasadzie uproszczonymi erpegami akcji. Z uwagi na fakt, że początkowo Mirage miał być po prostu czwartym DLC do „wikingów”, spodziewałbym się raczej pomostu pomiędzy obecnie obowiązującym standardem a kierunkiem, jaki seria może obrać w przyszłości. Innymi słowy kilka kluczowych elementów „trylogii Origins” pójdzie do piachu, ale nie liczyłbym na zupełnie nowe oblicze.

Assassin's Creed Mirage
Pierwsza grafika z Assassin's Creed Mirage

Wedle nieoficjalnych doniesień gra porzuci opcje dialogowe i – przede wszystkim – rozwój bohatera. Jeśli zaglądacie tu w miarę często, możecie kojarzyć, że lubię erpegi. Pokażcie mi tabelkę z cyferkami, powiedzcie, że to karta rozwoju postaci, a będę się szczerzył od ucha do ucha, jakby mi nowego Pathfindera dali. Nawet ja widzę jednak, że to, co wyrabia się w branży w ostatnich latach, to gruba przesada. Nie każda gra potrzebuje drzewka talentów, a już z całą pewnością nie ta.


Precz z cyferkami!

Trzy ostatnie odsłony cyklu były ciekawym eksperymentem potrzebnym, by dać ludziom wytchnienie od nieco skostniałej już formuły „klasycznych” Asasynów. Sam się przy nich świetnie bawiłem, ale „erpegowość” w dużej mierze pozbawiła serię jej kluczowego elementu – skradania się. Co to za asasyn, który nie może zamordować przeciwnika ukrytym ostrzem, bo ma za niski poziom albo nie zainwestował w odpowiedni talent? Owszem, istniała możliwość obejścia owego ograniczenia po zaznaczeniu specjalnej opcji, ale cóż z tego, skoro same misje zostały przygotowywane tak, by w pewnym momencie wymusić otwarty konflikt.

Było to widoczne zwłaszcza w Valhalli, gdzie mimo krwawiącego serca przestałem sobie w pewnym momencie zawracać głowę przemykaniem się w cieniu, bo skórka nie była warta wyprawki. Po co się męczyć, jeśli mogę zainwestować w machanie wielkim toporzyskiem, okuć się w ciężki pancerz i przejechać przez przeciwników niczym taran? Ba, skoro mam pewność, że prędzej czy później tak się to właśnie skończy, inne rozwiązania wydają się nielogiczne. Czy walczyło się dobrze? Nie przeczę, ale gdzie w tym krycie się w tłumie i wszystko inne, co zadecydowało o popularności „jedynki”?

Assassin's Creed Valhalla
Assassin's Creed Valhalla

Rozwój bohatera miał jeszcze jedną ponurą konsekwencję. Czymś trzeba było to gigantyczne drzewko talentów wypełnić, a i gazylion przedmiotów powinien się jakoś od siebie różnić. Ktoś doszedł niestety do wniosku, że najłatwiej wyrzucić do kosza względny realizm i bez zmiłowania skręcić w stronę magii. Na pewno widzieliście te memy wytykające twórcom AC, że w „jedynce” zrezygnowano z kuszy, bo w tamtych czasach bohater nie miał jeszcze prawa położyć na niej rąk, a obecnie jeździ na niedźwiedziu, wygląda jak Power Ranger i niewiele brakuje, by strzelał laserami z tyłka, latając na jet packu.

Najsmutniejsze jest to, że nie ma w tym wszystkim zbyt dużej przesady. Objawy są szczególnie silne w Origins i Odyssey, gdzie bohaterowie władają płonącymi ostrzami, zdalnie kierują „snajperskimi” strzałami i ścierają się z mitologicznymi monstrami, zbywając to wszystko wzruszeniem ramion. Czułem się, jakbym w kluczowych momentach słyszał coś w rodzaju: „Na Atenę, twardy był ten minotaur… No dobra, to gdzie tu można coś wtrząchnąć?”. Z czasem zaczęto nieco powściągać wodze fantazji lub przynajmniej umiejętniej to wszystko maskować, bo nadprzyrodzone ekscesy Eivora sprzedawano np. jako narkotyczne wizje. Fakt pozostawał jednak faktem – to była już czysta fikcja, nie tajemnicze, tańczące na skraju wiarygodności klimaty rodem z prozy Dana Browna.


Sztylet zamiast miecza

Wedle przecieków Mirage ma wymienionym powyżej problemom częściowo zaradzić – z gry zniknie bowiem system rozwoju bohatera, a rozgrywka będzie nieco bardziej premiować skradanie się. Jak wspominałem, z racji na powinowactwo z Valhallą nie wierzę, by czekała nas prawdziwa rewolucja, ale liczę, że uda się chociaż odważniej skręcić w ścieżkę, którą zaproponowało Oblężenie Paryża (drugie DLC do przygód Eivora). Jeśli nie mieliście z nim styczności, powinniście wiedzieć, iż Ubisoft uczynił wówczas nieśmiały ukłon w stronę starszych odsłon serii. Bohater mógł co prawda zachowywać się jak zawsze i beztrosko okładać wszystkich po łbie, ale pojawiła się też opcja zaliczania „specjalnych” zabójstw, co wymagało zdobycia pewnych informacji i spełnienia ściśle określonych warunków, np. przebrania się w cudze ciuszki. W nagrodę podziwiało się okolicznościowy filmik.

Rozsądek podpowiada, że Mirage zrobi dokładnie to samo, tyle że na większą skalę. Możliwe okaże się zatem odgrywanie skrytobójczych scenek, ale tkwiąca pod powierzchnią Valhalla niemal na pewno ograniczy twórcom pole manewru. Grę zasponsoruje słowo „umowność”. Basim będzie znikał zalarmowanym strażnikom w jedynej w okolicy kępce krzaków lub w najlepszym razie krył się pośród specjalnie wskazanej kilkuosobowej grupki przechodniów. Dało się tak robić i w „jedynce”, owszem. Nie jestem tylko pewien, czy aby na pewno chcemy bezrefleksyjnie odtwarzać 15-letnią – i nie tak znowu idealną – grę.


Mniej znaczy więcej

Moim zdaniem, by odzyskać dawną chwałę, Assassin’s Creed potrzebuje zupełnie nowego, przebudowanego od zera systemu krycia się w cieniu. Zważywszy na spodziewany niewielki rozmach, nie ma raczej co na to liczyć w Mirage’u. Jego ewentualny sukces może jednak odnieść pożądane skutki w przyszłości. Nie śmiem nawet marzyć o rozwinięciu stylu znanego z Thiefa – to się nigdy nie wydarzy, bo AC jest skierowane do szerszego odbiorcy. Niewykluczony wydaje się jednak zdecydowany zwrot ku mniejszym, kameralnym odsłonom skupionym na pieczołowicie dopracowanych misjach, a nie bezkresnych połaciach terenu wypchanego powtarzalnymi aktywnościami dodatkowymi.

Assassin's Creed
Assassin's Creed w wersji Director's Cut Edition z 2008 r.

To ostatnie w ograniczonym zakresie sugerują już zresztą doniesienia o Mirage’u, który nad ogromną mapę przedłożył podobno kilka skromniejszych, lecz zróżnicowanych miast. Inne, sensowniej brzmiące plotki sugerują nawet, jakoby chodziło o sam Bagdad, tyle że podzielony na dzielnice. Gdyby jedna z tych wersji okazała się prawdziwa, byłbym więcej niż zadowolony, ponieważ ostatnimi czasy cierpię na nasilającą się alergię na „znaki zapytania” i inne duperele – jeśli musi, niechże już będzie krócej, ale chociaż konkretniej. Powitam to tym chętniej, że gry Ubisoftu coraz częściej wlatują do Game Passa, co oznacza, że ominie mnie zastanawianie się, czy aby na pewno warto płacić 300 zł za grę, którą skończę w weekend. Skąpiradło ze mnie, więc miałbym nie lada zagwozdkę, a przy tym układzie każdy wygrywa. Nim się to stanie, będę musiał oczywiście trochę poczekać, ale nie brak mi cierpliwości – to już nie te lata, żeby człowiek koniecznie chciał mieć wszystko teraz zaraz.

Czy Mirage zrewolucjonizuje serię? Szczerze w to wątpię. Jako osoba, która zaliczyła absolutnie wszystkie „duże” odsłony Assassin’s Creed, uważam jednak, iż wcale nie musi. Wystarczy, że postawi pierwszy krok na drodze ku lepszemu jutru i sprawi, że za rok czy dwa ponownie poczujemy, jak to jest być zakapturzonym skrytobójcą, a nie brodatym rzeźnikiem szukającym miecza +5. Od tego są erpegi, nie skradanki.

Redaktor
Paweł „Cursian” Raban

Jestem wielbicielem turówek i wszelkiej maści erpegów: zarówno klasycznych, jak i współczesnych. Do tego zdeklarowanym zwolennikiem tytułów dla jednego gracza, przy czym od tej zasady istnieje jeden poważny wyjątek – World of Warcraft. W Azeroth przesiedziałem więcej godzin, niż chciałbym przyznać, raz ciesząc się każdą chwilą, kiedy indziej zrzędząc na czym świat stoi. Nie wyobrażam sobie dnia bez książki (niemal zawsze fantastyki), za to spokojnie obyłbym się bez kina i seriali. Z CDA związany jestem od 2011 roku.

Profil
Wpisów3200

Obserwujących5

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane