2
25.08.2022, 11:19Lektura na 5 minut

Nowe Alone in the Dark. Przespane szanse legendarnej serii

Cieszy mnie każdy nowy survival horror, więc na zapowiedź powrotu praprzodka gatunku powinienem zareagować szczególną ekscytacją. Dlaczego zatem na wieść o odświeżonym Alone in the Dark moje serce nie zabiło mocniej?


Eugeniusz Siekiera

Z prostej przyczyny. Uważam, że tylko pierwsza część cyklu miała to szczęście, by wstrzelić się na rynek w idealnym momencie i znaleźć swoją niszę, dzięki czemu zdołała zapisać się w historii. Wszystkie następne odsłony Alone in the Dark okazały się w najlepszym razie wtórne, w najgorszym niegrywalne bądź kompletnie oderwane od korzeni. Trochę kiepsko jak na markę, którą chciałoby się wymieniać jednym tchem obok Resident Evil czy Silent Hilla. Niestety to nie przejdzie, nie ta liga.


Skromne początki

Wydana w 1992 roku niepozorna przygodówka studia Infogrames pozamiatała, choć w temacie budowania napięcia radziła sobie dość nieporadnie i nie stała za nią szczególnie rozbudowana historia (mimo nawiązań do prozy H.P. Lovecrafta). Była to natomiast petarda od czysto technicznej strony – zlepek wielokątów zwany Edwardem Carnbym (bądź, jak druga grywalna postać, Emily Hartwood) dziś wywołuje uśmiech politowania, wtedy trójwymiarowy bohater poruszający się po płaskich tłach okazał się powiewem świeżości. Co więcej, w Alone’a po prostu przyjemnie się grało, ponieważ w dobrze wyważonych proporcjach łączył eksplorację, zagadki środowiskowe i walkę z potworami.

4
zdjęć

I w tym miejscu mógłbym niniejszy tekst zakończyć, bo wszystko, co wydano pod szyldem Alone in the Dark później, coraz bardziej odstawało od pierwotnych założeń i było wyraźnie słabsze. Po roku doczekaliśmy się kontynuacji; idąc za ciosem, twórcy ponownie przeczołgali naszego bohatera przez kolejną nawiedzoną posiadłość, serwując kolaż sprawdzonych rozwiązań. To, co powaliło za pierwszym razem, nie miało już takiej siły rażenia, a co gorsza – większy nacisk położono na elementy zręcznościowe, z którymi zarówno toporne sterowanie, jak i sam silnik zbyt dobrze nie współpracowały.


Cichy upadek

Wydana w 1994 roku „trójka” zwiastowała już ewidentne zmęczenie materiału. Rozwiązania i grafika, od jakich dwa lata wcześniej pospadały nam kapcie, teraz prezentowały się po prostu słabo. Warto dodać, że w międzyczasie debiutował Doom, na punkcie którego oszalał cały świat. Zmieniła się optyka, inaczej zaczęliśmy patrzeć na raczkujący trójwymiar w grach. AitD 3 było boleśnie wtórne i pod każdym względem niedzisiejsze; dodatkowo przez osadzenie fabuły w westernowych realiach (tak naprawdę trafialiśmy na opustoszały plan zdjęciowy) siadł też klimat opowieści.

Światełkiem w tunelu okazała się część czwarta. Alone in the Dark: Koszmar powraca z 2001 roku bazował oczywiście na zupełnie nowym silniku i odświeżył wizerunek bohatera (Carnby wyraźnie odmłodniał i pozbył się tego kretyńskiego wąsa; drugą grywalną postacią była archeolożka Aline Cedrac). Niestety horror studia DarkWorks spóźnił się o kilka lat. W międzyczasie na rynku na dobre zadomowiły się japońskie produkcje, z których nowy Alone czerpał w dość oczywisty sposób (szczególnie z Resident Evil 2, wprowadzając nawet odmienne ścieżki fabularne przypisane do różnych postaci, choć oczywiście oba scenariusze się zazębiały). Czwarty AitD nie był najgorszy, ale bladł w obliczu tak silnej konkurencji. Dość powiedzieć, że w tym samym roku debiutował Silent Hill 2, a w zestawieniu z przejmującą przygodą Jamesa Sunderlanda absolutnie każdy horror tamtych czasów stał na przegranej pozycji.


Ślepe zaułki rewolucji

Następne lata Edward przespał. Kolejna szansa nadeszła dopiero wraz z 2008 rokiem, gdy seria doczekała nowego otwarcia. W recenzji na łamach CDA byłem dość pobłażliwy (7+), doceniając nietypowe rozwiązania i innowacyjne podejście do gatunku. Dziś nie mam już tyle cierpliwości, a ponowne przejście kampanii stanowiłoby drogę przez mękę. Wszystko, co definiowało ten tytuł i sprawiło, że wydawał się tak nietypowy, okazało się też gwoździem do trumny, w której pochowano grywalność. Całą paczką gwoździ.

3
zdjęć

Produkcja autorstwa Eden Games miała koszmarnie udziwnione sterowanie (był tu nawet osobny przycisk odpowiadający za zamknięcie oczu), a jedną z jego największych ofiar stała się ekstremalnie frustrująca walka. Wraże paskudy powalić mógł jedynie ogień, więc w przypadku braku pojemników z łatwopalnym płynem trzeba było szukać drewnianych klamotów i montować z nich prowizoryczne pochodnie, co straszliwie utrudniało życie. Ba, nawet system leczenia czy korzystanie z ekwipunku zostały przekombinowane. Nowatorskie – tak, ale w parze z oryginalnością szła niewygoda i mnóstwo straconego czasu.


Nowatorskie dzieło Infogrames wylało w 1992 roku fundamenty pod cały gatunek.


Na domiar złego gra zapomniała o swoich gatunkowych tradycjach, stawiając w pierwszej kolejności na widowiskową akcję. W pierwszych rozdziałach nie zabrakło ekwilibrystycznych popisów rodem z Księcia Persji czy jazdy samochodem pośród walących się wieżowców, ale i później, gdy trafiliśmy do Central Parku, elementów horroru można było szukać ze świecą. To zresztą i tak nic w obliczu wydanego siedem lat później Alone in the Dark: Illumination – paździerza podpinającego się pod przysypaną kurzem markę – który skupiał się na kooperacyjnych potyczkach, wywalając do kosza tło fabularne. Mogłoby się zdawać, że legendarną serię dobito w najgorszy możliwy sposób, ale jak się ostatnio okazało, Edward po prostu zapadł w kolejny zimowy sen.


Zataczamy koło

Skoro AitD z 2008 był przekombinowany, a sieciowe popłuczyny z 2015 miały z marką niewiele wspólnego, cieszy, że odpowiedzialne za najnowszą odsłonę studio Pieces Interactive zdecydowało się na jedyne rozsądne rozwiązanie – powrót do korzeni i reboot części pierwszej. Z racji wieku materiału źródłowego będzie to odświeżenie totalne, które z oryginalnej gry weźmie miejsce akcji, głównych bohaterów i ogólne założenia fabularne, całą resztę budując od zera.

Jeśli jakiś klasyk zasłużył na podobne odrestaurowanie, to właśnie pierwszy Alone in the Dark. O tym, czy jest on najlepszą odsłoną serii, decydują oczywiście indywidualne gusta, ale nie zmienia to faktu, że nowatorskie dzieło Infogrames wylało w 1992 roku fundamenty pod nowy gatunek, definiując kilka kluczowych cech w grach action adventure, które parę lat później zaczęliśmy nazywać survival horrorami. Czy więc czekam na starego Alone’a w nowych szatach? No jasne, że czekam. Ale z umiarkowanym zainteresowaniem, bez wypieków na twarzy, bo historia uczy, że podobne powroty lubiły kończyć się spektakularną katastrofą.


Redaktor
Eugeniusz Siekiera

Filozof i dziennikarz z wykształcenia, nietzscheanista z powołania, kinoman i nałogowy gracz z wyboru. Na pokładzie okrętu zwanego CDA od 2003 roku. Przygodę z wirtualnym światem zaczynałem w czasach ZX Spectrum, gdy gry wczytywało się z kaset magnetofonowych, a pisanie prostych programów w Basicu było najlepszą receptą na deszczowe popołudnie. Dziś młócę na wszystkim, co wpadnie pod rękę (przeprosiłem się nawet z Nintendo), choć mając wybór, zawsze postawię na peceta.

Profil
Wpisów57

Obserwujących12

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane