12
28.10.2022, 14:40Lektura na 6 minut

Remake Wiedźmina to świetny pomysł. Ta gra zasługuje na przypomnienie [FELIETON]

Pierwszy Wiedźmin jawi się w mojej pamięci jako mocno nieoszlifowany… no, może nie diament, ale co najmniej jakiś szafir. Tytuł, który zaczął grową sagę o Geralcie, miał kilka ciekawych, według mnie, rozwiązań, które nie wyblakły z biegiem lat i miło by było, gdyby w remake’u ich nie porzucono.

Nie będę ukrywał, że Wiedźmin to dla mnie tytuł niosący ze sobą dużą dawkę nostalgii. Zacząwszy studia w nowym mieście i zamieszkawszy w miarę na swoim, nie bardzo miałem czas myśleć o graniu. A mój stary policealny pecet też w tym nie pomagał. W efekcie musiałem zrobić sobie nieco ponad roczną przerwę od gamingu. Jednak informację, że oto wychodzi ten od dawna zapowiadany Wiedźmin, uznałem za znak, iż pora wrócić do gier. Za kasę z niedawno znalezionej pracy złożyłem nowego kompa, kupiłem Wiedźmina i oddałem się nocnemu graniu.

Nie przemawia przeze mnie jednak sama nostalgia. Słysząc wieść o remake’u, z miejsca, bez szukania w sieci, mogłem sobie przypomnieć elementy, które sprawiły, że nie potrafiłem się od Wiedźmina oderwać. I choć była to dopiero pierwsza gra CD Projektu Red, stworzona do tego na cudzym silniku, to z perspektywy czasu pamiętam więcej jej zalet niż wad.


Wieczny ogień

Weźmy choćby historię. W porównaniu z kipiącą od intryg królów i czarodziejek „dwójką” albo nastawioną na bieganie po kilku krajach „trójką” opowieść w „jedynce” jest bardzo lokalna i niemalże kameralna. Zaczyna się od ataku na siedliszcze wiedźminów, a poniesione w nim straty z miejsca czynią główny quest sprawą osobistą, motywację Geralta zaś bardzo wiarygodną. Od razu zrozumiałem, czemu bohater – choć na początku gry zmaga się z amnezją – decyduje się wrócić na szlak.

Domyślam się, że za osadzeniem akcji w nie tak dużej Wyzimie oraz okolicznych wioskach i lasach stały ograniczenia silnika i niewielkie doświadczenie twórców, ale w rezultacie wyszło to na plus. O ile w Wiedźminie 3 czułem się, jakbym odgrywał zdarzenia z rozdziałów wielkiej książkowej sagi, o tyle „jedynka” przypominała bardziej kartkowanie zbioru opowiadań. Zgrabnie splatała kilka wątków, w których poznane wcześniej postacie powracały, tworzyły się sojusze lub dochodziło do zdrad. Były w niej zarówno fragmenty z osobistego życia Geralta i jego przyjaciół, jak i te dotyczące wiedźmińskiego rzemiosła (z kamratami lub bez) oraz historie o wymiarze społecznym: o nietolerancji, rasizmie, fanatyzmie i nienawiści. A także karczemne opowiastki i bajania.

Całość spajał znakomity system konsekwencji – w kluczowych momentach gra pokazywała filmy podkreślające, jak bardzo zajęcie przez Geralta jakiegoś stanowiska pogorszyło sytuację. A że stało się to np. godzinę wcześniej, nie dało się podjętej decyzji odkręcić. Dlatego też pierwszy Wiedźmin to gra zaskakująco poważna i mroczna. Jednocześnie zawierała jednak sporą dawkę humoru oraz rubaszności i w dialogach, i w sytuacjach samych w sobie. Chwali się za to „trójkę”, ale przecież już „jedynka” zapoczątkowała zgrabne zapożyczanie do rozmów i fabuły najważniejszych elementów prozy Andrzeja Sapkowskiego, czyniąc z tego standard dla całej serii. Zresztą twórcy już wtedy pokazali, że potrafią czerpać też z różnych innych dzieł kultury. Cykl zadań luźno inspirowanych „Balladyną” Juliusza Słowackiego to jeden z lepszych wątków w gatunku RPG w ogóle.

Jeśli miałbym wróżyć z fusów, to ekipa Fool’s Theory nie ruszy w remake’u powyższych elementów, bo stanowią one wyznacznik ponadczasowości Wiedźmina. Uważam, że do tej grupy „rzeczy nienaruszalnych” należy też muzyka. Po tym, jak remake Demon’s Souls pozbył się świetnego, kultowego wręcz motywu muzycznego towarzyszącego walce z Tower Knightem, jestem na tym punkcie przeczulony. Proszę więc „grzecznie”: wara od „Dusk of a Northern Kingdom” Adama Skorupy i „Last Battle” Pawła Błaszczaka oraz reszty utworów ze ścieżki dźwiękowej! Towarzyszy mi ona podczas pisania i chcę ją usłyszeć w zremasterowanej glorii i chwale. Z zupełnych fantazji zażyczyłbym sobie jeszcze Vadera w napisach końcowych jako mrugnięcie okiem do starych fanów, którzy pamiętają ten dość oryginalny zabieg promocyjny.


Droga, z której się nie wraca

Są też takie elementy Wiedźmina, które dzielą graczy i pewnie zostaną zmienione… ale nie wiem, czy powinny. Może przemawia przeze mnie nostalgia, lecz ja naprawdę lubiłem tamten system walki odbiegający od tego, co proponowały później Wiedźminy 2 i 3. W „jedynce” Geralt atakował po kliknięciu automatycznie, a rolą gracza było reagować z wyczuciem tak, by móc kontynuować sekwencję ciosów i fantazyjnych animacji, przełączając się w razie potrzeby między trzema stylami walki: szybkim, silnym i grupowym. Na początku wydawało się to dziwne, ale po nauczeniu się dawało mi sporo satysfakcji. Lubiłem też kamerę, którą można było podnieść wysoko, by uzyskać w zasadzie rzut izometryczny i świetne, świeże wrażenie, jakbyśmy grali w rytmiczne Diablo. Rozwiązanie to pewnie okazałoby się ciekawe i dziś – a przy tym oryginalne na tle standardowej w action erpegach kamery umieszczonej nieco nad ramieniem postaci. Wiedźmin pierwszy dawał tu wybór.

5
zdjęć

Znajdą się i rzeczy, co do których nie mam pewności, czy się ostać powinny. Owszem, brak szybkiej podróży wydawał się spoko, bo mapy nie były wielkie, ale i tak pamiętam sporo irytującego biegania w te i nazad po bagnach połączonego z oganianiem się od uciążliwych psopodobnych bestii. Za to miłą odmianę od obecnych standardów stanowił brak automatycznie prowadzących gracza znaczników. Trzeba było słuchać postaci, czytać dziennik i patrzeć na nieźle opisane mapy, by zaznaczać sobie na nich kolejne cele. Ale nie oszukuję się, CDPR nie zlecił tego remake’u, by łamać schematy, lecz by przypomnieć dobrą produkcję, zgarnąć za to dukaty i podreperować zaufanie graczy, pewnie jeszcze u niektórych nieco nadszarpnięte trudnymi losami Cyberpunka 2077. Ścieżki na mapie, kompas i markery zapewne się pojawią. Chciałbym natomiast, żeby remake nie tylko pożenił wydarzenia z pierwszego Wiedźmina z rozgrywką rodem z „trójki”, ale i zostawił coś z tamtych niedzisiejszych patentów, tylko nieco je wygładzając. Niech przypomina, jaki ta seria miała początek.


Głos rozsądku

Nie mogę też chyba pominąć elementu, o którym od wiadomości o remake’u głośno jest w różnych miejscach internetu. Ludzie piszą: „Czy będą karty?”, jakby to był ten najważniejszy element Wiedźmina. „Jakie karty?”, zapytają nieświadomi. Otóż Geralt, jak to Geralt, mógł w grze wejść w bardzo bliskie relacje z licznymi paniami. A za podboje seksualne dostawał karty z mniej lub bardziej atrakcyjnie namalowanymi i mniej lub bardziej rozebranymi partnerkami. I owszem, jako student jarałem się dodaniem sobie do kolekcji seksownej Shani albo Triss (wybór między nimi był też istotną kwestią fabularną), ale jakieś pielęgniarki, wojowniczki, karczmarki zakrawały trochę na amatorską erotykę.

Wiedźmin karta
Jedna ze słynnych kart, tu w formie obrazka w oficjalnym wiedźmińskim kalendarzu na 2013 rok.

Dlatego nie zdziwi mnie, jeśli CD Projekt Red pozbędzie się owych kart. Nie zdziwi mnie też, gdy jakaś grupa podniesie o to wrzask. Dla mnie kolekcjonowanie uwiedzionych kobiet jak trofeów w klaserze jest niedojrzałym podejściem do nawet przygodnych związków. To nie jakaś szalona polityczna poprawność, a zwykła przyzwoitość, serio. Mam tu zero sentymentu, można to rozwiązać lepiej. I naprawdę nie ten element stanowi o jakości gry. Proszę więc, niech te kobiece wdzięki nie przysłonią wam tego, dlaczego znów – lub po raz pierwszy – warto będzie w Wiedźmina zagrać.

Redaktor
Paweł Kamiński

Za dnia pracownik IT, mąż i tata, nocami gracz i czytelnik komiksów. Wyznawca kościoła Dark Souls. Uzależniony od oglądania esportowych zmagań w LoLa. Lubi gotowanie, koszulki z nadrukami i swojego kota Piksela. Ulubiony superbohater: Daredevil.

Profil
Wpisów5

Obserwujących2

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane