Arms of God to polski miks Diablo, Dooma i Vampire Survivors. 4 lata pracy solo developera nie poszły na marne [RECENZJA WCZESNEGO DOSTĘPU]

Arms of God to polski miks Diablo, Dooma i Vampire Survivors. 4 lata pracy solo developera nie poszły na marne [RECENZJA WCZESNEGO DOSTĘPU]
Chociaż era wysypu klonów Vampire Survivors już za nami, nie oznacza to, iż zapoczątkowany przez rzeczony tytuł gatunek survivorslike (bullet heaven) poszedł w odstawkę. Arms of God stanowi niezbity dowód na to, że przyjemność z tłuczenia hord maszkaronów i odblokowywania nowych ulepszeń jest ponadczasowa.

Przyznam się bez bicia, że do Arms of God podchodziłem z nieufnością. Ot, kolejny survivorslike próbujący przekonać do siebie stylistyką rodem z Diablo i ostrym brzmieniem cechującym świeżą trylogię Dooma. Prawdopodobnie wystarczyłoby dać nura w odmęty Steama, by w ciągu kilku minut znaleźć całe mnóstwo podobnych produkcji. W myśl zasady „lepiej mieć niskie oczekiwania i ewentualnie dać się pozytywnie zaskoczyć” zasiadłem do komputera z odwróconym bananem na twarzy, ale na szczęście nie czekałem zbyt długo, aby zareagować na grę szczerym uśmiechem.

Kiedy dwie ręce to za mało

Zacznijmy od tego, że wzmianka o ramionach nie znalazła się w tytule przypadkowo. Plecak targany przez jednego z templariuszy, których poczynaniami przychodzi nam pokierować, został wyposażony w cztery chwytne kończyny zdolne do wymachiwania bronią. Dzięki temu wojownik, dla przykładu zaczynający wyprawę z ognistym mieczem, dość szybko może poszerzyć arsenał o kuszę strzelającą płonącymi bełtami, rewolwer oraz wyrzutnię flar. To właśnie wszelkiej maści pukawki oraz montowane w nich ulepszenia stanowią trzon formowanego buildu, dzięki czemu fani Brotato powinni poczuć się tu jak w domu.

Potencjalnych kombinacji występuje tutaj multum od samego startu rozgrywki, a to dopiero początek drogi. Jak to w grach tego typu bywa, za zasoby zbierane podczas kolejnych aktów przygody oraz zaliczanie pojawiających się na mapach wyzwań możemy nie tylko ulepszać dostępne już bonusy, ale także odblokowywać nowe. Co prawda natłok elementów potrafi przyprawić o zawrót głowy, niemniej i na to znalazło się remedium – jeden ze wznoszonych w bazie budynków pozwala wykluczyć niechciane przedmioty z rotacji, co ułatwia sensowne wyposażenie postaci.

Arms of God

Ba, nawet herosów na obecnym etapie mamy do wyboru dziewiątkę, a każdy z nich cechuje się innym zestawem początkowych zdolności oraz statystyk. Sprawia to, że ponowne podejścia do uciążliwego etapu nie stanowią powodu do frustracji, tylko raczej okazję do przetestowania świeżego archetypu i zestawu oręża.

Krucjata w 15 falach

Przechodząc do sedna rozgrywki, czyli sieczenia, palenia oraz rażenia prądem bestii z piekła rodem (które to, swoją drogą, bardziej przypominają zombiaki) – należy nastawić się na trwające około 40 minut sesje rozłożone na 15 fal (maksymalnie po 90 sekund każda), oddzielonych od siebie przerwami na zrobienie zakupów, wybranie ulepszeń oraz wzmocnienie targanego przez bohatera krzyża. Ów masywny krucyfiks jest w stanie poprawić nasze statystyki, osłabić wrogów lub sporadycznie aktywować potężną aurę wokół siebie, zaś dobór efektów jego działania pozostaje całkowicie w naszej gestii.

Mapy nie są duże, a przy okazji większość z nich została do tego stopnia zagracona, że lawirowanie pomiędzy przeszkodami terenowymi i przeciwnikami stanowi wyzwanie samo w sobie. Sterowanie nie należy jednak do skomplikowanych i grając z domyślnie włączonym automatycznym namierzaniem oraz atakiem, spokojnie poradzimy sobie, obsługując klawiaturę jedną ręką – WSAD oraz spacja to w zasadzie wszystko, czego nam trzeba. Nie oznacza to oczywiście, że w trakcie zabawy możemy wyłączyć mózg, a poszczególne poziomy ukończą się same. Co prawda Arms of God nie jest pozycją wymagającą (przynajmniej na dwóch pierwszych poziomach trudności), niemniej jeden głupi błąd potrafi skutecznie przekreślić szansę na zwycięstwo.

Arms of God

Ekspresówka do piekła

Uwagę należy zwrócić zwłaszcza na względnie niewielki zapas punktów zdrowia protagonisty. Mimo że dość szybko odnawia się ono w trakcie walki i wystarczy przez kilka sekund omijać ciosy demonów, tak już władowanie się w grupę poczwar – czy to omyłkowe, czy też celowe, aby zebrać pozostawione przez ubite stwory dusze, będące podstawową walutą w trakcie biegu – może zakończyć się spektakularną porażką i koniecznością rozpoczęcia wyprawy od nowa.

Osobnych krucjat do odbycia w teorii mamy 12, a w praktyce 4 – tyle bowiem jest aktów w aktualnej wersji gry. Po przejściu kampanii przygoda się jednak nie kończy, gdyż możemy ją kontynuować na wyższym poziomie trudności. W tym miejscu wypada podkreślić, iż nie różni się on jedynie podbiciem statystyk potworków – w trakcie przemierzania znanych już map natkniemy się również na nowe wydarzenia i minibossów, a starzy znajomi otrzymają dostęp do wachlarza świeżych zdolności. Nic również nie stoi na przeszkodzie, aby powtórzyć wybrany etap celem zebrania materiałów służących do zakupu permanentnych ulepszeń i ułatwienia sobie przyszłych podejść.

Arms of God

Wypada również wspomnieć o mapach. Jak już zostało napomknięte, wszystkie akty składają się z 15 plansz. Każda z nich jest odrębną, acz nieco ciasną, lokacją, opatrzoną krótkim wstępem fabularnym tłumaczącym, dlaczego w dane miejsce trafiliśmy. Fabuła gdzieś tam w tle próbuje dojść do głosu, niemniej na epicką opowieść ze zwrotami akcji lepiej się nie nastawiać.

Trochę Brotato, trochę Diablo, trochę Dooma

Jak już zdążyłem wspomnieć we wstępie, twórca Arms of God (gra stanowi projekt jednego deva – Dominika Sójki) starał się nawiązać zarówno do siekanki ze stajni Blizzarda, jak i kultowej strzelanki id Software. Czy to się udało? Cóż, o ile oprawa graficzna rzeczywiście utrzymana jest w mrocznej stylistyce, tak wszechobecne kolorowe elementy, aury i obwódki (jak by nie patrzeć, są one niezbędne – bez nich czytelność byłaby bliska zeru) sprawiają, że produkcję Dark Jay Studio co prawda można uznać za zbliżoną wizualnie do Diablo, ale głównie do „trójki”.

Dooma zaś przypominać miała oprawa muzyczna. Choć przyznam, iż wybrane kawałki rzeczywiście wpisują się w stylistykę tłuczenia piekielnych pomiotów młotem po czerepach, jednak część z nich bardziej pasuje jako podkład do reklamy GoPro niż tarmoszenia Azraela w czeluściach otchłani. Czuć w nich adrenalinę, niemniej nie jest to ten rodzaj metalowego łojenia, na który byśmy liczyli. Poza tym – odgłosy wystrzałów, sieczenia i miażdżenia mogłyby być nieco bardziej soczyste i wybijać się na tle ścieżki muzycznej.

Arms of God

Dobrze, ale nie piekielnie dobrze

Mimo że recenzowany tytuł robi wiele rzeczy dobrze, przytrafiło mu się kilka potknięć, choć te na szczęście można łatwo wyeliminować za pomocą łatki. Po pierwsze niektóre z opcjonalnych celów na mapie o wiele trudniej osiągnąć od pozostałych. Za przykład niech posłuży obrona generatora, przy którym na dobrą sprawę musimy sterczeć od momentu jego uruchomienia do końca rundy. Dlaczego uważam to za problem? Ano dlatego, iż Arms of God jest grą przez większość czasu zachęcającą do krążenia po planszy, a utrzymywanie jednej pozycji dość szybko kończy się zgonem.

Po drugie część animacji wrogów wydaje się równie pokraczna jak ich sylwetki. Czasem trudno określić, czy aktualnie jesteśmy bici, czy też stwór po prostu sobie beztrosko wymachuje mackami. Z tego względu najlepszym podejściem okazuje się utrzymywanie przynajmniej minimalnego dystansu wobec przeciwników – jeśli znajdziemy się zbyt blisko potworów, nasze życie zacznie się po prostu stopniowo kurczyć. O ile jego odnowienie nie zajmuje zbyt wiele czasu (szczególnie po wykupieniu odpowiednich wzmocnień), tak może się zdarzyć, iż chwila nieuwagi zakończy się wyświetleniem komunikatu o porażce.

Arms of God

Niby nic nowego, ale gra się świetnie

Arms of God żadnym objawieniem ani powiewem świeżości w swoim gatunku nie jest, ale jego porządnym przedstawicielem już jak najbardziej tak. Jeśli szukacie odskoczni od Brotato, warto dać dziełu Dark Jay Studio szansę – widać, że to przemyślany i stworzony z pasją projekt, a nie kolejny sklecony na kolanie twór żerujący na trendach.

Warto przy tym mieć na uwadze, iż gra zadebiutowała w formie wczesnego dostępu, więc wciąż jest niekompletnym produktem i jako taki została oceniona. Oznacza to tyle, że przymknąłem oko na okazjonalne błędy (których – prawdę mówiąc – zbyt wielu nie uświadczyłem) i skupiłem się przede wszystkim na trzonie rozgrywki. Ten zaś, zgodnie z tym, co wyłożyłem powyżej, wypada nad wyraz solidnie i z pewnością będę śledził zmiany wprowadzane w kolejnych aktualizacjach, ponieważ przy Arms of God bawiłem się naprawdę przednio.

arms of god – ocena i podsumowanie

OCENA: 8+

PODSUMOWANIE: Arms of God to solidna produkcja i choć nie sposób określić jej mianem odkrywczej, faktem jest, że ma na siebie pomysł i konsekwentnie realizuje go w trakcie trwającej kilkanaście godzin kampanii. Zarówno fani gatunku, jak i ci, którzy nie mieli z nim wcześniej styczności, powinni bawić się co najmniej dobrze – z zastrzeżeniem, iż druga z tych grup może się na początku poczuć nieco przytłoczona liczbą statystyk i modyfikatorów.

PLUSY:

  • przyjemna pętla rozgrywki;
  • świetne dawkowanie nagród – gra potrafi utrzymać nas przed ekranem;
  • kampania na kilkanaście godzin, której ukończenie nie jest równoznaczne z finałem zabawy;
  • ogrom ulepszeń i modyfikacji do odblokowania.

MINUSY:

  • nieczytelne i nieco karykaturalne animacje przeciwników;
  • dość niewielka różnorodność wśród wrogów;
  • średnio wpisujące się w stylistykę całości niektóre kawałki przygrywające w tle;
  • okazjonalnie nieprzetłumaczone fragmenty tekstu.

Skomentuj