Monitor 1000 herców to przesada. Nikt tego nie potrzebuje [FELIETON]

Monitor 1000 herców to przesada. Nikt tego nie potrzebuje [FELIETON]
LG UltraGear 25G590B
Stało się. Za sprawą ekranu LG UltraGear 25G590B doszliśmy do odświeżania 1000 Hz w rozdzielczości Full HD. Oznacza to, że urządzenie z każdą milisekundą potrafi wyświetlić jedną klatkę. Wydaje mi się, że to już jednak przesada. I to naprawdę gruba.

Zapowiedź premiery wspomnianego ekranu odbiła się echem w sieci – i nic dziwnego. Sam zresztą z zainteresowaniem poczytałem o tym – nie da się ukryć – przełomie. Potem jednak zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno potrzebujemy aż takiej częstotliwości odświeżania. I jestem pewien, że nie.

Dla kogo szybkie monitory?

LG jasno deklaruje, że 25G590B to sprzęt dla zawodowych graczy FPS i środowiska esportowego. Taki monitor nie jest urządzeniem dla Kowalskiego, który po powrocie z pracy odgrywa kilka meczy w CS2 albo przeskakuje po mapach w Fortnite. Mamy więc do czynienia z produktem, przynajmniej nominalnie, dla ułamka procenta ludzi – takich, którzy zarabiają na życie tym, że celniej i szybciej od innych klikają myszką. I tu pojawia się pierwsze pytanie: czy taki mniej lub bardziej niedzielny „wymiatacz” może zrobić z niego użytek?

Zacznijmy od biologii. Ludzki wzrok nie działa jak kamera – nie „liczy” klatek na sekundę. Reaguje na ruch, reakcje innych i zmiany kontrastu. I tutaj warto być uczciwym: różnica między 60 a 144 Hz jest kolosalna i widoczna gołym okiem. Między 144 a 240 Hz – już wyraźnie mniejsza. A powyżej 240 Hz? Większość użytkowników, w tym zawodowi gracze, ma poważny problem z odróżnieniem 240 Hz od 360 Hz czy wyżej. Zyski stają się tak subtelne, że aż pomijalne.

Swego czasu nawet postanowiłem to sam sprawdzić – i nie byłem w stanie powiedzieć, czy patrzę na 360 Hz, czy na 500 Hz. Obraz miał dla mnie identyczną płynność. Przy 1000 Hz ta granica zostaje przekroczona tak dalece, że mówimy już o parametrach interesujących głównie badaczy percepcji wzrokowej, nie dla graczy.

Żeby wycisnąć 1000 fps-ów, potrzebujesz komputera za fortunę

Zupełnie inną kwestią jest to, przy jakim komputerze taki ekran postawimy. Monitor 1000 Hz ma sens wyłącznie wtedy, gdy pecet jest w stanie dostarczyć 1000 klatek na sekundę. I tu zaczyna się problem.

Większość gier esportowych – CS2, Valorant, League of Legends – jest stosunkowo mało wymagająca, więc w teorii wysoki framerate jest osiągalny. Ale „w teorii” to fraza klucz. W praktyce bowiem uzyskanie stabilnego tysiąca klatek wymaga odpowiednich ustawień gry (czyli np. redukcji cieni, które mogą przecież przekazywać bardzo istotne informacje na temat położenia przeciwnika!), a do tego – przede wszystkim – karty graficznej z najwyższej półki cenowej oraz procesora, który nie będzie stanowił wąskiego gardła. To inwestycja rzędu kilku-kilkunastu tysięcy złotych tylko w te dwa podzespoły – zanim jeszcze pomyślimy o samym monitorze, którego cena nie została ujawniona, ale z pewnością nie będzie okazyjna.

A co, jeśli ktoś przy takim ekranie chciałby zagrać w cokolwiek poza esportem? W Cyberpunka 2077, Alana Wake’a 2 czy jakikolwiek inny tytuł AAA? Zapomnijcie. Wiele z tego rodzaju gier na maksymalnych ustawieniach nie wyciągnie nawet 200 fps-ów na najlepszym możliwym sprzęcie. Monitor 1000 Hz stanie się wtedy bardzo drogim i wciąż niewykorzystanym w pełni odpowiednikiem panelu powiedzmy 240 Hz.

Załóżmy jednak, że mamy maszynę zbudowaną w oparciu o podzespoły marzeń – taką, której niestraszny pułap tysiąca klatek na sekundę. No to wypadałoby ją jeszcze uzupełnić odpowiednimi akcesoriami. W końcu jak gaming, to pełną gębą – nie ma sensu jeździć wyścigowym bolidem na oponach z Tarpana, nie?

Dokupmy zatem myszkę z raportowaniem 8000 Hz. Przy takiej częstotliwości opóźnienie sygnału z gryzonia wynosi zaledwie 0,125 ms – brzmi imponująco, nieprawdaż? Kosztuje to jednak jakieś 600-700 zł, i to za model bez szczególnych udziwnień. Do tego wypadałoby dorzucić klawiaturę z analogicznym polling rate’em – bo przecież nie będziemy mieć myszy godnej monitora 1000 Hz i klawiatury jak z biura rachunkowego. Kolejne powiedzmy 600-1200 zł wyparowuje z portfela. Niby kto bogagtemu zabroni – ale ja w tym większego sensu nie widzę.

Serwer gry i tak „tyka” tylko 64 razy na sekundę

To jest argument w pewien sposób powiązany z tematem, ale najczęściej umyka w marketingowym szumie. Monitor wyświetla tysiąc klatek na sekundę – jednak serwer gry, z którym się łączysz, aktualizuje stan świata w zupełnie innym tempie. CS2 – jeden z najbardziej oczywistych kandydatów do gier, w które „warto” grać na 1000 Hz – działa na oficjalnych serwerach firmy Valve z prędkością zaledwie 64 Hz. Tutaj sytuację ratuje co prawda wprowadzony jakiś czas temu system sub-tick, który komplikuje tak prosto przedstawiony obraz komunikacji i wyświetlania zmian na serwerze, ale popatrzmy na inne gry.

Apex Legends działał początkowo na serwerach 20 Hz, potem zaś zaczęto eksperymentować z 30 Hz i dynamicznymi systemami, Fortnite – w pewnym uproszczeniu i zależnie od trybu ma 30 Hz. Escape from Tarkov? Tutaj informacje są sprzeczne, jedni mówią, że 12-16 Hz (!), inni, że jednak 30 Hz, ale konsensus jest chyba taki, że zmienia się to płynnie. Na tle całej tej ferajny wyróżnia się zaś Valorant, który ze 128 Hz wypada, przynajmniej na papierze, najlepiej. FACEIT, platforma dla hardkorowych graczy CS, przez długi czas też opierała się serwerach 128-tick – jednak Valve ostatecznie zamknęło ten rozdział, wprowadzając architekturę 64-tick + sub-tick w silniku CS2.

Nie chciałbym, żebyście mnie źle zrozumieli: wyświetlanie szybkiej grafiki to jedno, komunikacja z serwerem to rzecz zupełnie inna – jestem tego świadom. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że szybkimi panelami próbujemy w łajbie łatać drobne nieszczelności, ignorując przy tym wodę wlewającą się przez burtę.

Nie ignoruj potęgi internetu

Tak samo zresztą sytuacja wygląda również w przypadku łączy internetowych. Mechanizm jest prosty: wciskasz przycisk myszy, sygnał śmiga do serwera, serwer przetwarza go w ramach swojego następnego ticka i odsyła zaktualizowany stan gry z powrotem. Cała ta podróż – tam i z powrotem – to właśnie ping. Światłowód minimalizuje opóźnienie w samym połączeniu, bo wspomniany sygnał biegnie z prędkością bliską prędkości światła. Lokalnie, w obrębie miasta, daje to 2-5 ms. W skali kraju – już nawet około 15-20 ms. A serwer na innym kontynencie? Powyżej 100 ms, niezależnie od tego, jak dobry internet masz w domu. Fizyki nie przeskoczysz.

I tu dochodzimy do sedna: monitor odświeża obraz co 1 ms, mysz raportuje pozycję co 0,125 ms, a odpowiedź z serwera przychodzi z wahającym się opóźnieniem – 15, 50 albo nawet 100 milisekund, jak mamy pecha. Cały łańcuch jest tak szybki, jak jego najwolniejsze ogniwo – a tym ogniwem nie jest już ani monitor, ani mysz, ani klawiatura. Jest nim fizyka: odległość do serwerowni i fakt, że internet nie zna pojęcia „premium lane” dla graczy.

No chyba że przeprowadzimy się bliżej centrum danych. Frankfurt, Amsterdam, Londyn – tam stoją główne europejskie węzły. Może zatem warto rozejrzeć się za gamingowym mieszkaniem? Jasne, kpię sobie – ale to pokazuje, że czasem prosta wymiana łącza przyniesie zdecydowanie więcej korzyści niż inwestowanie w jakiekolwiek drogie zabawki. Albo że te ostatnie nie mają żadnego sensu, jeśli jesteśmy skazani np. na radiówkę, Starlinka czy inny internet satelitarny.

Full HD w 2026 roku – krok wstecz w imię prędkości

Jest jeszcze jeden szczegół, który warto odnotować. LG UltraGear 25G590B oferuje rozdzielczość 1920 × 1080, czyli Full HD. Nie jest to przypadek, a świadomy kompromis. Wypchnięcie 1000 klatek na sekundę przy wyższej rozdzielczości byłoby jeszcze trudniejsze zarówno dla panelu, jak i dla karty graficznej. W świecie esportu gracze i tak często obniżają liczbę wyświetlanych pikseli, by uzyskać wyższy framerate, więc Full HD nie jest dla nich problemem. Ale dla reszty z nas – tych, którzy przyzwyczaili się do ostrości 1440p na codziennym monitorze – powrót do Full HD wyglądałby jak cofnięcie się o dekadę. Zapłacilibyście krocie za sprzęt z parametrami rozdzielczości rodem z 2013 roku? Bo ja nie.

Znamienne w tym kontekście jest też, że branża monitorów zaczyna już działać według logiki, którą dobrze znamy z innych segmentów rynku, choćby myszek z coraz bardziej absurdalnymi sensorami: każda kolejna generacja musi być spektakularnie lepsza od poprzedniej, przynajmniej na papierze. Liczby rosną, wykresy strzelają w górę, a na konferencjach prasowych padają słowa o „przełomie” i „nowej erze”. Tymczasem analitycy branżowi otwarcie przyznają, że odczuwalne korzyści wizualne przy tak ekstremalnych wartościach są coraz mniejsze. Przejście z 60 na 144 Hz to zmiana tak wyraźna, że widać ją nawet podczas przesuwania okienek na pulpicie Windows. Skok z 500 na 1000 Hz? Powtórzę się, ale według mnie będzie niezauważalny niezależnie od środowiska.

Zwykły zjadacz gamingowego chleba to ktoś, kto gra po pracy – ale też ogląda seriale, pracuje w Excelu albo obrabia np. jakieś zdjęcia w weekendy. Dla niego 1000 Hz nie robi absolutnie żadnej różnicy – gwarantuję wam to całym moim sercem i całą moją wiedzą. Nawet jeśli regularnie spędza czas w strzelankach, statystycznie nie jest zawodowym esportowcem i – tak, wiem, że utrata marzeń boli – nigdy, przenigdy nim nie będzie. Jego czas reakcji i umiejętności są po prostu przeciętne. Ale już duża ilość godzin spędzonych na treningu przyniesie znacznie większą zmianę niż to, że na biurku postawi monitor z kosmicznym odświeżaniem.

To trochę jak sugestia, żeby kupić buty biegowe używane przez maratończyków olimpijskich – bo przecież „szybszy but to szybszy bieg”. Technicznie prawda – ale praktycznie bez znaczenia, jeśli parasz się tym sportem dwa razy w tygodniu i głupia „dycha” sprawia, że wypluwasz płuca. Obuwie z najwyższej półki nic tu nie zmieni. Tak jak monitor.

Co z tego wynika?

LG UltraGear 25G590B to bez wątpienia imponujące osiągnięcie inżynieryjne. Pchnięcie panelu IPS do 1000 Hz przy zachowaniu rozdzielczości Full HD to coś, czego jeszcze niedawno nikt się nie spodziewał. Inżynierowie z LG zasługują na aplauz. Ale podziw dla technologii nie oznacza, że każdy z nas powinien po nią sięgać. 1000 Hz to narzędzie dla wąskiej grupy zawodowych esportowców – i to zapewne takich grających w sieci LAN na światowych turniejach. Wiadomo, żeby baletnicy nie przeszkadzał rąbek od spódnicy.

Konkluzja zatem może być tylko jedna: chcesz doświadczyć esportowych emocji? Odświeżanie 240 Hz to rozsądny wybór i… wciąż więcej, niż nasze – moje i twoje, drogi czytelniku – oczy potrafią w pełni docenić, a zdolności wykorzystać. Taki sprzęt całkowicie wystarczy. Każdemu. No, może poza tymi paroma cyborgami, co zgarniają trofea, np. na IEM, jak choćby w Krakowie. Podejrzewam jednak, że nawet dla nich 1000 Hz będzie pułapem, którego potencjału nie wykorzystają do końca.

Skomentuj