„Kapitan Bomba” już na zawsze pozostanie kultowy, ale to „Egzorcysta” jest moim ulubionym dziełem Walaszka
Kilka tygodni temu przez polski internet przetoczyła się fala wstrząsów – na 30 sekund powrócił „Kapitan Bomba”. I znowu pozostawiono nas w informacyjnym zawieszeniu. Nie wiemy zatem, co dalej – przynajmniej na razie. Na szczęście Bartosz Walaszek potrafi taśmowo wypuszczać lepsze lub gorsze seriale w swoim stylu. Na Netfliksie mamy już dziewięć sezonów jednego z bardziej udanych projektów tego twórcy – „Egzorcysty” (po trzech seriach przygotowanych dla platformy ShowMax produkcję przemianowano na „Bogdan Boner: Egzorcysta”). A 9 września premierę będzie miał kolejny.
„Kapitan Bomba” pozostaje najbardziej „zaraźliwym” dziełem reżysera „Wściekłych pięści Węża”, niemniej nowsza propozycja idealnie wpasowuje się w obecne czasy – nie tylko pod względem treści, ale też formy i wybranej konwencji. Horrory z wielu względów są na topie, to zaś daje wąsatemu pogromcy diabłów sporego kopa na rozpęd. Nawet jeśli żadna historia nie ma nawet 30% szans, by nas czymkolwiek przestraszyć.

Oddajmy kapitanowi, co kapitańskie
„Kultowości” i zasług żaden inny zbój wymyślony przez Walaszka już raczej Bombie nie odbierze (o czym ostatnio pisałem w Tygodniku Powszechnym). Dostawaliśmy tam piguły i serie absurdalnego, fekalnego i genitalnego humoru, który się do nas przyklejał, choćbyśmy nie chcieli. Przy tym wszystkim na tej tandecie i dziwności budowało się tam z odcinka na odcinek całkiem spójnie funkcjonujące uniwersum z regułami, które jakoś tam trzymały w ryzach logikę tego świata. Tę wewnętrzną, rodem z paździerzowego science fiction, parodiującego wszystkie możliwe klisze gatunku. Do tego serial i filmy pełnometrażowe stanowiły niezłą satyrę na polską mentalność z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku.
Walaszek podawał to w formie specyficznej, ale łatwej do oswojenia. Krótkie odcinki wypełniała akcja i oryginalna, maniakalna wręcz energia. W końcu w centrum stał antybohater wzorowany na herosach kina akcji, przeznaczony do oklepu wroga. To oczywiście narzucało schemat odcinka. Zawsze chodziło o to, żeby „napier…”, znaczy, żeby nieprzyjaciela pokonać. Ten wyrażany okrzykami bojowymi entuzjazm okazywał się zaraźliwy, nakręcał tempo akcji i przygody w groteskowym kosmosie, gdzie głównym złym był Sułtan Kosmitów mówiący w języku, który z daleka mógł przypominać włoski.

Mam jednak wrażenie, że „Kapitan Bomba” to produkt trochę bardziej optymistycznych, a mniej przerażających czasów. Przynajmniej z perspektywy medialnej i tego, co do nas docierało (bo przecież inspiracje Walaszek czerpał z rzeczywistości, a ta kolorowa nie była już wtedy). Czasów, w których łatwiej było nam kupić ton Avengersów i kosmiczną skalę walki ze „złem” oraz atmosferę nieskrępowanej, galaktycznej przygody (nawet jeśli to galaktyka Kurvix). Łatwiej też ufało się wizerunkowi proaktywnego stróża i obrońcy, nawet jeśli był tak porąbany jak Tytus z Gwiezdnej Floty.

Horrory na szczycie
Dziś egzystujemy w rzeczywistości, z której dociera do nas więcej niepokojących sygnałów niż kiedykolwiek wcześniej. Kataklizmy, konflikty i wybryki wielkich tego świata skumulowały się w bloba, który zagarnia naszą uwagę. Jednocześnie to wszystko, mimo skali, przecieka do codzienności, do rozmów.
Żyjemy w czasach niepokojów. Małych i dużych. Bo kiedy ktoś na szczycie kicha – do nas dolatuje huragan. Te lęki uchwycił, nie pierwszy raz zresztą, gatunek, który się do tego nadaje najlepiej – horror. Siła kina grozy wzrasta z każdym rokiem. Obok produkcji z już oswojonej artystycznej stajni A24 („Grzesznicy” na przykład) dostajemy powroty klasycznych serii i motywów („Mumia”, „Martwe zło”), jak i nowe przeboje przerzucone wprost z YouTube’a („Backrooms”).
Wiele z tych filmów to coś więcej niż mroczny czy krwawy eskapizm – oddają to, co nas obecnie gnębi jako społeczeństwo i jednostki (rasizm, korporacjonizm, strach przed bliskością itp.). A jako że to tańsze i kameralne produkcje z akcją osadzoną po sąsiedzku, zapewniają wrażenie większej familiarności z opowieścią i środowiskiem danej historii niż rozbijanie się po obcych planetach i walczenie z Sułtanem Kosmitów, Darkseidem czy innym Thanosem.

Polish Horror Story
I tu na arenę nieco chwiejnym krokiem wkracza Bogdan Boner, tytułowy egzorcysta z Piaseczna. Jego życie kręci się wokół wódy i kantowania na kasie swojego podwładnego, Marcinka, a w pewnym momencie do tej dzielnej drużyny dołącza jeszcze oswojony, pocieszny diabełek Domino. Ten ostatni to wyjątek, bo większość demonów kończy pod butem Bonera i spółki. Generalnie pomysł na przebieg akcji i schemat fabularny przypomina ten z „Kapitana Bomby” – na pierwszym planie stoi twardziel i degenerat z tępymi pomocnikami, z czego jeden pochodzi z drugiej strony barykady. Czasem towarzyszy im też rywal głównego bohatera (tu ksiądz Natan, w „Bombie” – chorąży Torpeda). Co odcinek mierzą się z nadnaturalnym zagrożeniem (albo z paradoksami budowlanki…), tak jak Tytus z kosmitami. Ci źli mają potężnego, drobnostkowego szefa – Belzedupa.
Jednocześnie wszystkie te diabliki, demony i inne stwory, po których radośnie skakałby Doom Slayer, dobrze oddają rozmaite polskie słabostki i przywary. Pokazują małostkowość wymuszoną ubóstwem i pozostałościami po „peerelowskiej” mentalności, nakazującej kombinować. Psocą jak gremliny (wychodzą z Piekła na fajkę i browara, bo u nich nie wolno pić alkoholu). Są jak ludowe strachy z „Krańca świata” Andrzeja Sapkowskiego, tylko na odwrót – szaleją tam, gdzie normalnie odwaliłby coś nasz sąsiad albo przypadkowy złodziej wycinający katalizatory, żeby sprzedać je w skupie. To wszystko jest swojskie, bliskie.

Strachy na Lachy
Walaszek bawi się przy tym konwencją horroru i akcyjniaka. Nawiązania do „Egzorcysty” z 1973 odhaczono wszędzie tam, gdzie się tylko dało, a przy tym oczywiście całość trzyma rytm „potwora tygodnia” jak „Nie z tego świata” czy „Z archiwum X”. Z kolei kadrowanie, budowanie napięcia czy przejścia między scenami – na tyle, na ile pozwala specyficzna animacja i kloaczny humor – też zaczerpnięto z kina grozy. Towarzyszą temu brzmienia, dźwięki, dżingle i muzyka, które również do horrorowego vibe’u się odwołują.
Oczywiście szanse, że „Egzorcysta”, „Bogdan Boner: Egzorcysta” lub odcinki specjalne kogokolwiek przestraszą, wydaje się bliska zeru, ale cóż, komedie grozy bazują zazwyczaj raczej na klimacie – a ten wypada całkiem duszno, momentami nawet smutno. I tak, komentarza społecznego tu oczywiście nie brakuje. Jasne, wszystko to po Walaszkowemu wykonano na mocne 30% zaangażowania, niemniej i tak widać pewną ewolucję stylu twórcy. Pod realizacyjną dezynwolturą kryją się staranniej przemyślani bohaterowie, jak i wątki – oczywiście podporządkowane pijacko-demonicznym gagom i puentom spod monopolowego, ale jednak.
„Egzorcysta” też powoli dogania objętością „Kapitana Bombę”, a to raczej nie jest ostatnie słowo Walaszka. Nie mogę również oprzeć się wrażeniu, że to jedna z jego bardziej autentycznych prac. Tylu sezonów, speciali i wszystkiego nie dostałaby produkcja, która nie przyciągałaby widzów i nie była dla nich czymś wyjątkowym. Nawet jeśli to nie zawsze dobrze świadczy o naszej rzeczywistości. Ale może właśnie tego powinniśmy się bać.
Szkoda tylko że Egzorcysta jest na tym nieszczęsnym netflixie.