3
5.05.2022, 15:50Lektura na 9 minut

Space Punks – już graliśmy. Trochę za mało, by było dobrze

Polskie studio Flying Wild Hog pracuje pełną parą. Niedawno mieliśmy premierę Shadow Warrior 3, a za pasem już kolejny tytuł. Space Punks to nastawiony na akcję erpeg, który mocno inspiruje się serią Borderlands i klasykami pokroju Diablo.


Grzegorz „Krigor” Karaś

Można narzekać, że wspomniany Shadow Warrior 3 nie do końca sprostał oczekiwaniom, ale nie przeszkodziło to Polakom odnaleźć się w zgoła innych klimatach. Obydwie gry mają jednak coś wspólnego: to elementy nieco absurdalnego, nawiązującego do serii Borderlands humoru.


Gdzieś w kosmosie

We wstępie wymieniłem dwa tytuły, które nasuwają się same, gdy próbujemy zaklasyfikować nową grę Flying Wild Hog. Sprawiedliwie jednak wypadałoby wywołać jeszcze trzecią produkcję – Hard Reset z 2011 roku, pierwszą z gier stworzonych przez warszawskie studio. Space Punks całkiem wyraźnie nawiązuje do wspomnianej strzelanki tak ogólnym wrażeniem, jak i prezencją metalowych przeciwników i przerdzewiałego, pełnego technologii świata.

W grze wcielamy się w jednego z czterech bohaterów. To dziwnie wyglądający obcy, jakby rodem z „Facetów w czerni”, przypominająca nieco mutantów z Tom Clancy’s Rainbow Six: Extraction panna, przystojniak o dość znanym w giereczkowie imieniu Duke oraz… kosmiczny świniak. Menażeria ta różni się od siebie poziomem życia i tarcz oraz prędkością. Oczywiście to nie wszystko: potem dochodzą zarówno unikatowe umiejętności, jak i talenty pozwalające wzmocnić każdą z postaci – te drugie ujęte są w bardzo rozbudowanych drzewkach, co oczywiście należy zaliczyć na plus, tym bardziej że liczne talenty zwiastują naprawdę długą zabawę z tytułem.

Zabawa w uniki jest bardzo przyjemna.

Każda z postaci wyposażona jest w broń białą oraz dystansową już pukawkę. Ponadto zmieniać możemy pancerz, tarczę energetyczną i trinket. Opcji modyfikowania wyglądu bohaterów póki co nie ma. Całość na pierwszy rzut oka prezentuje się przyzwoicie, jednak z wyposażeniem wiąże się kilka wątpliwości – niektóre pewnie zostaną naprawione, inne zaszczycą nas swoją obecnością najprawdopodobniej także po premierze gry. Tym ostatnim jest przyjęta przez twórców filozofia związana z gratologią: otóż wyposażenie postaci można zmieniać… tylko w bazie.


Tam i z powrotem

Gra przez to dzieli się niejako na dwa obszary. Pierwszy z nich to baza będąca naszym naturalnym zapleczem. To tu, wędrując od straganu do straganu, możemy odpicować bohatera, dobrać mu nowe umiejętności, zmienić wyposażenie, przyjąć kolejne misje oraz odebrać nagrody za poprzednie. W bazie możemy również przeskakiwać na kolejne poziomy sławy (jak zwie się tutaj doświadczenie) i wybrać np. inną postać po jej uprzednim odblokowaniu. Plecak dla wszystkich jest wspólny, więc gdy już mamy do dyspozycji kolejnego kompana, nic nie stoi na przeszkodzie, by swobodnie korzystać ze zgromadzonych wcześniej znajdziek.


Ma mocne momenty, ale też parę mniej udanych rozwiązań.


Drugi obszar stanowią siłą rzeczy misje, na które udajemy się, gdy już jesteśmy gotowi i „zapiszemy się” na daną wyprawę. To trwające około 20 minut starcia polegające m.in. na zniszczeniu określonych punktów na mapie, eskortowaniu droidów naprawczych, uruchomieniu i dostarczeniu w wyznaczone miejsca różnorakich maszyn czy bronieniu obszarów przed kolejnymi falami wrogów. Jest tego trochę, ale w istocie zabawa sprowadza się do czynienia odmienianej przez różne przypadki rozpierduchy. I robimy w zasadzie jedynie to. Jak już wspomniałem, całość zarządzania postacią odbywa się w bazie, przez co odpada tu jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w action erpegach – przymierzanie w polu, na gorąco, nowych gratów. Misję zaczynasz i kończysz z tym, co aktualnie masz na grzbiecie.

Na mapach pojawia się i interakcja z postaciami NPC. Jest to jednak dość skromnie zrobione.

Ufaj sobie

Same pukawki zresztą też pozostawiają nieco do życzenia. Teoretycznie mamy tu – na równych prawach – broń białą i dystansową. Przyznaję, początkowo kosiłem wrogów aż miło, dopuszczając ich bliżej, skacząc pomiędzy nimi, dobierając odpowiednie pozycje i wypruwając z nich elektroniczne flaki. Tyle że dość szybko się to skończyło – a to za sprawą lichego balansu między poszczególnymi sztukami uzbrojenia.

Gnaty podzielono tu na kilka rodzajów, według różnej skuteczności. Fajne są shotguny, niezłe pistolety – najlepszy jednak okazał się bez wątpienia odpowiednik snajperki połączonej z działem energetycznym. Ależ to robi rozwałkę! Broń przeładowuje się stosunkowo długo, jednak jak już walnie, to aż zęby dzwonią. Co istotne, wiązka energii przechodzi przez wszystko, co napotka na swej drodze, a do tego odbija się od części ścian. Nietrudno więc zgadnąć, jak wygląda cała zabawa i dlaczego większość graczy biega właśnie z tą armatą. Najłatwiej nią celować, robi największe obrażenia i pozwala kosić naraz całe grupki przeciwników – wystarczy schować się za załomem i poczekać, aż ci wejdą pod lufę. Niestety, balans uzbrojenia póki co leży i kwiczy. Wspomniany karabin jest bowiem lepszy nawet od teoretycznie dwukrotnie bardziej wydajnych – według informacji z interfejsu – zamienników innego typu. Zabawa przez to staje się dość jednorodna – po prostu biegniesz przed siebie i robisz „piuuu, piuuu”, czyszcząc całe fragmenty mapy. Na tle opisywanej snajperki nawet gatlingi, które przecież wybornie się sprawdzają u konkurencji, tutaj prezentują się żenująco i nieporadnie.

Baza jest miejscem, gdzie zmienimy wyposażenie bohatera, podlevelujemy go i zapiszemy się na nowe misje.

Zresztą system klasyfikacji mocy przedmiotów nie wypada dobrze również w przypadku pozostałej gratologii. Nierzadko sprzęt, który gra oznacza jako mocniejszy, wcale lepszy nie jest – i nie mówię tu o niuansach w postaci doboru współczynników do roli, jaką chcemy przyjąć. To kwestia nawet najprostszych statystyk dotyczących choćby pojemności tarczy. Innymi słowy, nie ma co się sugerować podpowiedziami gry, lepiej sprawdzać wszystko samemu. Tutaj Space Punks póki co potrafi być po prostu złym nauczycielem.


Za darmoszkę

Gra jest na razie dostępna za darmo w ramach otwartej bety i po premierze również nie będziecie musieli wydać na jej zakup ani złotówki – twórcy przyjęli bowiem model free-to-play, co ma oczywiście swoje plusy i minusy. Te pierwsze, wiadomo, co do drugich zaś… trzeba będzie się liczyć z różnego rodzaju mikropłatnościami, choć aktualnie nie jestem w stanie powiedzieć, jak bardzo ograniczy to zabawę. Już teraz jednak widać, że niekiedy trzeba trochę pofarmić, żeby mieć możliwość rozegrania kolejnych misji fabularnych. Dostęp do kampanii uzależniony jest bowiem od punktów sławy, które wpadają na konto za wykonywanie zadań. I cóż, tych czasem brakuje – trzeba więc w międzyczasie wskakiwać do różnego rodzaju wyzwań czy pobocznych misji czasowych pojawiających się na mapach planet. To takie zapchajdziury pozwalające przy okazji – co jest plusem – dozbroić się oraz wypełnić zadania dzienne i tygodniowe. Ogółem progres jest tutaj uporządkowany na zasadzie osi czasu przypominającej choćby eventy w World of Tanks – jeśli wejdziemy w historię postaci, to jak na dłoni zobaczymy, które zadania i nagrody odblokują się w najbliższym czasie.


Gra jest i będzie dostępna za darmo, możecie więc spróbować bez ryzyka.


Na pewno pochwalić trzeba grafikę. To takie izometryczne Borderlandsy, estetycznie cieniowane i na ogół przejrzyste. Na ogół, bo sytuacja zmienia się diametralnie, gdy gramy w drużynie. Nie dość, że na ekranie pojawia się chaos, to jeszcze brakuje strzałek pokazujących lokalizację sojuszników, kiedy ci oddalą się od naszej postaci. Teoretycznie mamy minimapę, ta jednak jest – jak już sama nazwa wskazuje – mała i w mojej sytuacji, na wyświetlaczu ultrapanoramicznym, została upchnięta w samym rogu, przez co nawigacja okazała się umiarkowanie wygodna. Przydałby się też sprawny system komunikacji gestami, który jak na razie nie działa. Co-op wygląda więc tak, że wbijamy na mapę i po prostu mniej lub bardziej grupowo podążamy w stronę znaczników, starając się osiągnąć cel danej misji.

Niektóre lokacje wyglądają efektownie, czego sporą zasługą jest stylówa podobna do Borderlands.

Trochę emocji pojawia się tu jednak tak czy inaczej, gdy przychodzi zmierzyć się z większymi przeciwnikami oraz gdy gramy pełną, czteroosobową grupą. Bossowie są jak najbardziej okej: mają unikatowe ataki obszarowe, pola ochronne, a ich zachowanie zmienia się niekiedy w kolejnych fazach – zresztą te właśnie starcia przypominają najlepsze chwile z Hard Reset. W grze strzelamy bowiem przede wszystkim do maszynerii nieorganicznej, a wspomniane bydlaki są po prostu fajnie zrobione. Mimo braku możliwości dostosowania umiejętności postaci w polu w większej grupie też gra się nieźle: możemy wtedy zróżnicować taktykę, co jest nie bez znaczenia przy grubszych bitwach (łatwiej także czyścić mapę ze znajdziek). No i mamy też ubezpieczenie, gdy pod naporem niemiluchów nasze siły witalne spadają do zera i potrzebujemy czyjejś pomocnej dłoni, by powrócić do walki. Brakuje tylko systemu komunikacji z prawdziwego zdarzenia, bo polecany przez twórców Discord to jednak za mało.

Walki bywają efektowne, ale w zamieszaniu łatwo zgubić rozeznanie, szczególnie już, jeśli sojusznicy wybiegną poza ekran.

Sprawdzić czy nie?

Gra nie jest hitem – to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale nadal Space Punks może okazać się prostym i całkiem przyjemnym zabijaczem czasu… od czasu do czasu. Otwarta beta pozostawia wrażenie, że mamy do czynienia w istocie z tytułem nieskomplikowanym i niczym niezaskakującym. Kolejne misje są pod względem walki i systemu uników poprawne, jednak w rozgrywkę dość szybko wkrada się powtarzalność i znużenie. Brakuje mi tutaj czegoś, co przyciągałoby na dłużej – jeśli ten pierwiastek miodności nie pojawi się w Space Punks wraz z premierą, to obawiam się, że gra raczej nie wybije się na tle nierzadko bogatszej konkurencji. I to nawet jeśli twórcy poprawią rzeczy, które doskwierają w becie. Tym bardziej że niesławne Diablo Immortal rusza na początku czerwca i koniec końców – pomimo początkowej nienawiści ze względu na taki sam model sprzedaży – popularność marki może okazać się dla „Kosmicznych Śmieci” zabójczą konkurencją.

Zaczynając zabawę, wybieramy sobie jedną z czterech postaci. Kolejne można dokupić już podczas gry.

Cieszy

  • Ładna grafika
  • Przyzwoite udźwiękowienie
  • Przyjemny system uników i walka, szczególnie z większymi przeciwnikami
  • Wspólny dla wszystkich postaci plecak
  • Sporo umiejętności i rozbudowane drzewka upgrade’ów
  • Równy nacisk na broń białą i dystansową…

Niepokoi

  • …przynajmniej w teorii, bo balans pukawek kuleje
  • Talenty postaci przydatne raczej okazjonalnie
  • Braki w interfejsie
  • Możliwość zmiany wyposażenia postaci tylko w bazie
  • Powtarzalność misji (na dłuższą metę)
  • W zasadzie brak sposobów na komunikację z innymi członkami drużyny
  • Bywa, że do odblokowania kolejnych misji fabularnych trzeba dojść grindem

Redaktor
Grzegorz „Krigor” Karaś

Gdyby mnie ktoś zapytał, ile pracuję w CD-Action, to szczerze mówiąc, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Zacząłem na początku studiów i... tak już zostało. Teraz prowadzę działy sprzętowe właśnie w CD-Action oraz w PC Formacie. Poza tym dużo gram: w pracy i dla przyjemności – co cały czas na szczęście sprowadza się do tego samego. Głównie strzelam i cisnę w gry akcji – sieciowo i w singlu. Nie pogardzę też bijatyką, szczególnie jeśli w nazwie ma literki MK, a także rolplejem – czy to tradycyjnym, czy takim bardziej nastawionym na akcję.

Profil
Wpisów223

Obserwujących20

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane