Gra, z której nie da się wylogować. „Alchemik. Tom 1: Miasto Umarłych” Wasilij Machanienko
Wyobraźcie sobie jednak, że to nie jest bezpieczny wieczór przed komputerem i nie możemy w każdej chwili wyjść do kuchni po herbatę. Waszym światem od zawsze rządziły prawa gry, a wy musicie po prostu się przystosować i grać według zasad.
Nieoczekiwany sojusz
„Miasto Umarłych” to pierwszy tom nowej serii LitRPG autorstwa Wasilija Machanienki, autora znanego już polskim czytelnikom przede wszystkim z „Drogi Szamana”. Książki z tego gatunku przyzwyczaiły nas do tego, że główny bohater niespodziewanie trafia do innego świata, wybiera klasę postaci, dostaje niezbędny sprzęt i wyrusza w nieznane („Primal Hunter”) albo przemierza kolejne labirynty, schodząc coraz niżej i próbując po prostu przeżyć („Dungeon Crawler Carl”).
W tej powieści poznajemy dziesięcioletniego Tajlina Właszyca, znajdującego się na pierwszym poziomie. Żyje on w rzeczywistości, która od ponad tysiąca lat funkcjonuje jak gra – tyle że pozbawiona graczy. Ten świat od pewnego czasu nękają najeźdźcy zwani liksami: stworzenia odpowiedzialne za porwania i śmierć mieszkańców jego rodzinnego miasteczka. Jak to często bywa, splot nieszczęśliwych wydarzeń sprawia, że bohater zostaje skazany na samego siebie, gdy wpada do podziemnej rozpadliny i nie potrafi wydostać się z niej o własnych siłach.
Na pomoc może jednak liczyć od swojego zaciekłego wroga – w innych okolicznościach należałoby unikać go jak ognia, ale teraz w zaistniałej sytuacji trzeba się dogadać, by w ogóle przeżyć. Razem docierają do tytułowego Miasta Umarłych, miejsca, które od pierwszych stron stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi. Problem w tym, że taki wymuszony sojusz trwa zwykle tylko tak długo, jak opłaca się obu stronom – i Tajlin dość szybko uczy się, że zaufanie w tym świecie trzeba dawkować z dużą rozwagą.

Świat bez smartfonów, za to z bogiem AI
W najnowszym cyklu Machanienko wykorzystuje mechaniki znane z „Świata Przeistoczonych” (trylogii pisarza) i nasze realia przekształca w grę MMORPG. To jednak nie sielankowa przygoda, tylko rzeczywistość, w której przyszło żyć naszym potomkom. Nie znają oni współczesnych gadżetów jak smartfony, tablety czy komputery. Chociaż akcja rozgrywa się w dalej przyszłości, to ma się wrażenie, że cofnęliśmy się o ładnych kilkaset lat.
To samo dotyczy broni palnych czy nawet zabudowań – mieszkańcy żyją w drewnianych domach i starają się przeżyć z dnia na dzień. Tak zwany Bóg to po prostu sztuczna inteligencja i jego zasady istnieją tu od tysięcy lat, zastępując ludziom religię i prawa natury. Z początku owa wizja świata sprawia, że książka z miejsca zyskuje zupełnie inny ciężar gatunkowy i obiecująco otwiera drzwi do naprawdę ciężkiej, postapokaliptycznej opowieści.
Cały pomysł na tło fabularne jest naprawdę ciekawy. Ponad tysiąc lat temu świat przeszedł z rzeczywistości w coś na kształt gry – gracze, którzy niegdyś nim rządzili, dawno zniknęli, a ich role przejęli enpece, żyjący tak, jakby system zawsze był na miejscu, równie naturalny jak prawa fizyki. Boska sztuczna inteligencja pilnuje reguł niczym zrzędliwy moderator serwera, a gdzieś w tle czai się pytanie, co właściwie doprowadziło do tego przejścia. Chce się tu przewracać kolejne strony nie dla samego bohatera i jego wyczynów, tylko z chęci dowiedzenia się, co się właściwie stało.
Do tego dochodzi magia oparta na kartach. Prosty patent, ale w tak zatłoczonym gatunku jak LitRPG rzadko się go widuje. Machanienko akurat nie poprzestaje na samej ciekawostce, tylko konsekwentnie wykorzystuje ją w budowaniu starć i strategii. Każda karta działa właściwie jak osobny przedmiot – ma swój koszt many, ograniczoną liczbę ładowań, czas odnowienia i próg atrybutów, jaki trzeba spełnić, żeby jej w ogóle użyć, a siła efektu rośnie wprost proporcjonalnie do statystyk bohatera. To nie znamienne dla klasycznego fantasy zaklęcia rzucane z powietrza, tylko uporządkowany, w pełni przeliczalny system. I właśnie z takiego rodzaju sztuk magicznych korzysta nasz protagonista. Tutaj niestety dochodzimy do największej bolączki całej książki.
Bohater, który dostaje wszystko na tacy
Dziesięcioletni Tajlin Właszyc nie jest cudownym dzieckiem przeznaczenia z potężnym mieczem i magicznym rodowodem. Zaczyna z samego dna: ma pierwszy poziom, zero przydatnego ekwipunku, nie wie nic o otaczającym go świecie i prawie, dlatego znajduje się na szarym końcu łańcucha pokarmowego. I tutaj zaczynają się schody. Na pierwszych stronach poznajemy go jako przestraszone, naiwne dziecko, a chwilę później wykazuje refleks strategiczny, jakiego mogłaby mu pozazdrościć niejedna dorosła postać – i w sumie nawet tak się dzieje, chociaż bardziej zastanawiają się, jak do tego doszło.

Nie byłby to żaden grzech, gdyby nie fakt, że autor rozdaje mu umiejętności i przedmioty z naprawdę wielką hojnością, która wygląda na przypadkową – bohater rośnie w siłę nie dlatego, że na to zapracował, tylko dlatego, że fabuła akurat tego od niego wymaga. To naprawdę irytujące, bo nie obserwujemy naturalnego progresu, a raczej ścieżki kogoś „urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą”.
Stosunkowo płasko wypadają przeciwnicy – są po prostu źli, bo scenariusz tak każe i giną zazwyczaj po jednym zaklęciu, zanim zdążą stać się kimś więcej niż kolejną przeszkodą do odhaczenia. Zabrakło mi tu napięcia, które w najlepszych LitRPG bierze się z niepewności, czy bohater w ogóle przetrwa starcie – wiadomo to od pierwszej strony, pytanie brzmi tylko, ile efektownych sztuczek zdąży po drodze pokazać.
„Miasto Umarłych”: obiecujący świat, rozczarowujący bohater
Z początku książka naprawdę mnie wciągnęła – szczególnie wykreowany świat, sama chętnie eksplorowałabym takowy w grze MMORPG. Kreacja głównego bohatera zupełnie do mnie nie trafiła. Już dawno wyrosłam z powieści, w których protagonistami są dziesięciolatkowie, a fakt, że bohater dostaje wszystko na tacy, niemal wcale się nie wysilając, tym bardziej mnie irytuje.
Wolę obserwować powolny rozwój postaci, jak w „Primal Hunterze”, gdzie protagonista musi ciężko walczyć o zdobycie każdego kolejnego poziomu. Niestety „Alchemik” jako całość do mnie nie przemówił, choć samo zakończenie sprawia, że być może sięgnę po kolejny tom – chociażby po to, by sprawdzić, czy życie w końcu rzuci bohaterowi jakieś kłody pod nogi.
Materiał powstał we współpracy z Partnerem, ale ten nie miał wpływu na opinię prezentowaną w tekście.
OCENA: 6
PODSUMOWANIE: Wasilij Machanienko, autor „Drogi Szamana”, serwuje intrygujący worldbuilding i oryginalny system magii opartej na kartach, ale moc rozdaje bohaterowi z hojnością, która nie zostawia miejsca na prawdziwy rozwój postaci. A to może nie przypaść do gustu nawet najwierniejszym fanom LitRPG.
Droga szamana klasa książka jest jeszcze świat przeistoczonych tego autora polecam dobre książki
Właśnie dopiero po przeczytaniu książki dowiedziałam się, że Alchemik jest sequelem Świata Przeistoczonych – teraz wiem, że muszę nadrobić!
Dodam jeszcze, że znajomość Świata nie jest konieczna, aby zapoznać się z Alchemikiem – jak się dowiedziałam, jest tam tylko jedno zdanie, które nawiązuje do poprzedniej serii 😀 Chociaż pewnie inaczej wtedy patrzyłabym też na ten cały świat znając jego historię 😉
„autor rozdaje mu umiejętności i przedmioty z naprawdę wielką hojnością” – czyli dokładnie jak w drodze Szamana. Taki styl Machanienki, fajnie się czyta, jeśli przymknie się oko na fakt, że główny bohater zawsze ma 'god mode on’ 😉
No super
Czyli fabuła sztampowa jak w większości japońskich „light novel” isekai— od zera do bohatera w trzy rozdziały, a potem tylko walki z coraz silniejszymi przeciwnikami aż do głównego złola. Nie wspomniane tylko czy po drodze będzie zebrany haremik plus grupka wiernych przyjaciół o poziomach umiejętności -1 do protagonisty oraz czy jest rozdział typu sauna/plaża/gorące źródła/basen 😉