10
13.05.2024, 16:45Lektura na 10 minut

Baldur’s Gate 3 wygrało wszystko, ale pewne rzeczy robi gorzej od poprzedników

Tego nie powstrzymacie. Baldur’s Gate 3 wygrało wszystko. Znakomicie się sprzedaje, zostało pokochanie przez graczy i zgarnia nagrodę za nagrodą. Zasłużyło na to w pełni, co nie znaczy, że jest idealne. W niektórych aspektach mogłoby czerpać więcej z „dwójki”.


Hubert Sosnowski

Baldur’s Gate 3 uświadomiło wszystkim dominację szalonych Belgów z Lariana. Niektórzy gracze robią już 10. przejście i sprawdzają kolejną romantyczną konfigurację drużyny. Memy, z przewagą tych sprośnych, utrwalają w narodach pamięć o owym erpegu. Posypały się też nagrody. TGA, Golden Joystick, GDC i wreszcie BAFTA przyznały Baldurowi tytuł gry roku. Czy ta wspaniała produkcja nie ma wad? Otóż ma. Są aspekty, w których mogłaby się uczyć od drugiej, a nawet od pierwszej części.


Powrót do domu

Muszę ostudzić wasz gniew, zanim ktoś postanowi mnie ukrzyżować i, co gorsza, nazwać dziadem zapatrzonym w przeszłość. Uwielbiam trzeciego Baldura. Przy pierwszym, dosyć dokładnym podejściu zajął mi ponad 120 godzin ze względu na próby, błędy, eksperymenty i ciekawość. Jestem pewien, że jak ochłonę, ukończę Baldur’s Gate 3 przynajmniej jeszcze raz jako heroiczny Dark Urge. Mam już na tę okazję przygotowany zapis z rozpoczętej kampanii.

Do pewnego momentu podobało mi się niemal wszystko. Czaru i uroku gry starczyło, bym z radością ukończył przygodę, mimo że zacząłem dostrzegać kolejne słabości produkcji. Zaliczam się do grona starych baldurowców, którym dzieła duetu BioWare i Black Isle ukształtowały wyobraźnię. „Trójkę” przyjąłem jak kolejnego wyczekiwanego członka rodziny. Jak naturalną ewolucję serii. Baldur’s Gate 3 musiało takie być, musiało czerpać z nowoczesnych rozwiązań rodem z Divinity: Original Sin. Inaczej przewaliłoby z kretesem jak wspaniałe, ale kwilące na deskach Pillars of Eternity 2: Deadfire.

Baldur’s Gate 3 
Baldur’s Gate 3 

Baldury były wyjątkowe, zawsze o krok przed ambitniejszymi produkcjami (jak Torment), bo pchały gatunek do przodu. BG3 również to zrobiło – znowu mamy do czynienia z królem erpegów. Tytuł wywalczył sobie chwałę długim, uczciwym bojem trwającym od wczesnego dostępu. Tak dobrej prasy nie miał nawet wybitny fabularnie Cyberpunk 2077 ani nikt z konkurencji w ostatnich latach.

Sama gra zaś dała mi właśnie to, czego potrzebowałem. Kolorową, szaloną i melodramatyczną przygodę niebojącą się poważniejszych tonów. W dziele Lariana znalazło się miejsce na dziki humor, satyrę i perwersję godną Paula Verhoevena. Dostaliśmy nie tylko romans, akcję i intrygi, ale też mrok i body horror, którego nie powstydziliby się David Cronenberg czy John Carpenter. Turowa walka stała się wyznacznikiem jakości w erpegach. Dostarcza mnóstwa frajdy zarówno laikom, jak i miłośnikom wyzwań.

Gra wygląda pięknie i długo taka pozostanie dzięki świetnym modelom postaci i projektom lokacji obleczonym w żywe, miłe dla oka barwy. Podobało mi się od początku do końca to, że mogę kombinować, robić rzeczy po swojemu, a nawet odrobinę kantować lub liczyć na łut szczęścia. Swoboda rozgrywki została tu wyniesiona na wyższy poziom.

Baldur’s Gate 3 
Baldur’s Gate 3 

Wreszcie: towarzysze. Pomagałem większości z nich bardziej z sympatii niż konieczności odklikania questów i dialogów. Są żywi, świetnie napisani i charyzmatyczni, każdy na swój sposób. I tak cudownie przegięci, jak Baldur’s Gate 2 przykazało. Zarówno za starymi, jak i za nowymi znajomymi w ekipie mój bohater skoczyłby w ogień.

Elementy, za które pokochałem trzeciego Baldura, mogę wymieniać jeszcze długo. To znakomita gra, a developerzy zapracowali na całe dobro, jakie ich spotkało. Widać jednak, że tu i tam poddali się swoim manierom twórczym, a także musieli wyciąć to i owo. Cóż, znakomitość ma swoją cenę.


Wrota Baldura nie do końca otwarte

Baldur’s Gate 3 wykłada się trochę pod względem konstrukcji mapy świata i nawigacji. Przemierzany przez nas region podzielono na kilkanaście następujących po sobie sporych obszarów. Te płynnie się zmieniają, co z jednej strony daje wrażenie organiczności. Na każdej „mapce” jest co zwiedzać, znajdziemy sporo odnóg i sekretów. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się myśli, że biegam po rozwidlającej się taśmie produkcyjnej albo spływam w dół rzeki („Down, down, down by the river” – może ktoś zanucić).

Gra zarówno konstrukcją mapy, jak i rozmieszczeniem zadań pcha nas ostatecznie w jedną stronę. Na zachód, do Wrót Baldura. Obszar jest spektakularny jako ciąg hubów, labiryntów i korytarzy do pokonania, ale nie tworzy aż tak wiarygodnej iluzji świata żyjącego swoim życiem. To łańcuszek zadań, barwnie i zręcznie zakamuflowany tor przeszkód.

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

W dwuwymiarowe mapki z drugiego Baldura wierzę bardziej. Questy i wątki, na które trafialiśmy, często stawały się „naszymi” jedynie wtedy, gdy o nie zahaczaliśmy. Bez naszego udziału też znalazłyby jakieś rozwiązanie, tylko gorsze (albo lepsze, przebywanie w otoczeniu dziecka Bhaala to jednak loteria). Świadomość, że nie wszystko kręci się wokół nas, dawała poczucie, że ten świat żył przed nami i będzie żył po nas. To zaś paradoksalnie zachęcało do zmiany jego dziejów, bo wiedzieliśmy, że wpłynie to także na wydarzenia, wątki i obszary, z którymi wcześniej nie mieliśmy żadnych powiązań. W trzecim Baldurze niemal cała fabuła skupia się na nas, do tego stopnia, że to aż momentami zakrawa na łechtanie ego narcyzów.

Zarówno „jedynka”, jak i „dwójka” oferowały lepszą iluzję przemierzania wielkiej krainy. Podróż „palcem po mapie”, gdy wybieraliśmy, do której lokacji idziemy, była potężnym narzędziem, podświadomie wpływającym na postrzeganie skali. I to wszystko zostało osiągnięte mimo ograniczeń Infinity Engine’u. Choć operowaliśmy wyłącznie w dwóch wymiarach po ręcznie malowanych i renderowanych mapkach.

W „jedynce” świat otwierał się przed nami zaraz po opuszczeniu Candlekeep i mogliśmy zawędrować bardzo daleko od głównego wątku. W Baldur’s Gate 2 po wyjściu z pierwszej dzielnicy Athkatli dało się odkrywać sekrety na wielu frontach i w dosyć dowolnej kolejności. W pewnym momencie gra brała nas za rękę, ale po dwóch-trzech rozdziałach znowu pozwalała pohasać, nim pobiegniemy do finału. Trzeci Baldur niby dopuszcza backtracking, zaglądanie w każdy kąt, ale przed trzecim, największym aktem odcina nas od dwóch pierwszych regionów na dobre. Ma to uzasadnienie fabularne, ale odbiera swobodę i przestrzeń do eksploracji.

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

Presja czasu

Nawigacja w skali mikro też bywa upierdliwa. Lokacje w Baldur’s Gate 3 to bardzo złożone i wielopiętrowe konstrukcje, które pozwalają zarówno na immersyjną rozgrywkę, jak i na kombinowanie oraz odpały. Możemy wejść w interakcję ze środowiskiem i fabułą na tyle sposobów, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jednocześnie poruszanie się pośród tylu możliwości i sprawdzanie wszystkiego w wertykalnych, trójwymiarowych lokacjach staje się czasem mozolne i uciążliwe.

Oklikiwanie i przeklikiwanie wszystkiego stanowi zmorę trójwymiarowych, izometrycznych erpegów od premiery Neverwinter Nights. Nie zauważamy tego, jeśli wykroiliśmy sobie sesję na cały wieczór. Kiedy jednak czas zaczyna być ograniczony mocą dorosłości – zaczynają się problemy. Wbrew pozorom Baldur’s Gate 1 i 2 pozwalały na szybsze i mniej obciążające zmysły wędrówki od wydarzenia do wydarzenia. Podobną dynamikę i wygodę oferowały obie części Pillarsów (zwłaszcza że mogliśmy w nich przyspieszać tempo gry suwaczkiem wbudowanym w HUD).

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

Oczywiście za tę prostotę płaciliśmy cenę. Większość zadań rozwiązywaliśmy poprzez walkę, rozmowę lub przekazanie przedmiotu, ewentualnie rzucenie czaru na te same sposoby. Podejmowaliśmy trudne moralnie decyzje, ale nie odmieniały one gry tak bardzo jak w BG3, gdzie każdy quest stanowił test wielokrotnego wyboru.

Może przez tę złożoność i poczucie okazjonalnego przesytu jakaś część mnie cieszyła się, że Larian oszczędził nam śmigania po bogatszych dzielnicach Wrót Baldura, bo pewnie czekałoby nas jeszcze ze 30 godzin zadań. Pytanie, czy dałoby się podbić level postaci, skoro Belgowie nie chcieli pozwolić nam grać bohaterami powyżej 12. poziomu doświadczenia. Tak czy inaczej, szkoda, że nie poznaliśmy w pełni oblicza Baldur’s Gate 100 lat po wydarzeniach z pierwszej części. Zarówno „jedynka”, jak i jej kontynuacja oferowały możliwość zwiedzenia wszystkich zakamarków centralnych metropolii (za drugim razem była to Athkatla): od tych najbiedniejszych po ociekające złotem, iskrzące się magią i promieniami słońca.

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

Cięcia w historii

Opowieść z trzeciego Baldura jest niezwykle plastyczna i jednocześnie przejmująca, ale można też dostrzec jej braki. Wytaktowano ją bardzo dziwnie, zwłaszcza w drugiej połowie. Widać, że pierwotnie mieliśmy jeszcze trochę pobiegać po mieście, odkryć parę większych afer, zgromadzić więcej sojuszników (podczas przygotowań do ostatecznej bitwy spotykamy np. enpeca, który zdaje się nas znać i pomaga dowodzić, a my nie wiemy, co to za typ). Fabuła mogłaby spokojnie odpowiedzieć jeszcze na kilka pytań, a i tak pozostawiłaby nas z tym przyjemnym niedosytem zachęcającym do kolejnego przejścia. Oraz do smucenia się, że Larian nie zrobi kontynuacji.

Na wyciętej lub po prostu niepełnej zawartości problemy się nie kończą. Owszem, trzeci akt daje dużo satysfakcji. Owszem, zdemontowanie układu politycznego oraz kręgosłupów tych złych sprawia frajdę. Ostateczny wybór zmusza do myślenia, a epilog zostawia z poczuciem dobrze spędzonych 124 godzin. Niemniej fabuła za szybko odkryła wszystkie tajemnice (nie licząc historii jednego z naszych sojuszników, bardzo ładnie rozgrywano sekrety Emperora w trzecim akcie), a Larian wyprztykał się z najmocniejszych kart.

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

To, co się działo w drugim akcie, to jakaś poezja. Zmierzaliśmy na czołowe ze złoczyńcą, który spokojnie mógł zasiadać u boku Sarevoka z pierwszego Baldura (w „trójce” trochę go popsuli) albo nawet Jona Irenicusa. Ketheric Thorm okazał się złożonym psychologicznie, czarnoromantycznym straceńcem, a w drugim rozdziale rozsiano strzępy informacji i echa przeszłości dopełniające tragicznej historii złola. Za tym typem moglibyśmy gonić przez całą grę. Tak jak za Irenicusem właśnie.

Tamten antagonista uderzał w podobnie czarnoromantyczne tony, a jednocześnie miał prywatną spinę z głównym bohaterem, dzięki czemu zyskał wiarygodniejszą motywację niż reszta szajki maczającej palce w intrydze z Baldur’s Gate 3. Jeden facet, trochę starożytnej mocy, okrutna determinacja i konkretny cel – a działa lepiej niż nowocześni złole. Nie licząc Thorma. Warto też dodać, że z wątkami poprzedzającymi konfrontację z upadłym paladynem wiąże się kilka kapitalnie wyreżyserowanych i wzruszających scen. Wsadzonych w środek akcji, choć z powodzeniem mogłyby zapowiadać ostateczne starcie.

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

Wielkie sprawy, małe mechaniki

Złożoność fabuły, zadań oraz świata generuje jeszcze jeden problem. Problem, który narasta w toku akcji, aż nas przytłacza – ekwipunek. Larian nigdy nie umiał stworzyć przejrzystego zarządzania przedmiotami. Gwiazdy zgasną, piekło zamarznie, a w każdej produkcji Belgów po kilku godzinach będziemy mieli burdel w plecaku. Przeklikiwanie się przez naszą kolekcję mocno spowalnia rozgrywkę. Któregoś razu poświęciłem pół godziny na robienie porządków.

Może nie da się tego uniknąć przy tym poziomie powiązania mechanik i zadań, a może trzeba pomyśleć o wygodniejszym systemie obsługi i dzielenia tego wszystkiego. Pierwsze Baldury miały tę przewagę, że przedmiotów było zwyczajnie mniej, a hud ekwipunku, mimo że toporny, pozostawał przejrzysty.

Baldur’s Gate 3
Baldur’s Gate 3

Tak naprawdę to drobiazgi

Znalazłoby się jeszcze parę problemów. Dla przykładu, muzyka w Baldur’s Gate 3 jest piękna i mocno we mnie wrosła, lecz i tak wolałem żywsze, bardziej przygodowe kompozycje Michaela Hoeniga z „jedynki” i „dwójki”. Ale tutaj przyznam wam rację: to już marudzenie wewnętrznego dziada. Niemniej troszkę niedociągnięć Larian na koncie ma. Stan techniczny produkcji pozostawiał sporo do życzenia w dniu premiery. Dlaczego więc wybaczyliśmy to ekipie Swena Vinckego, a grillujemy połowę branży?

Bo mimo wad Baldur’s Gate 3 jest rewelacyjne w tym, co robi, daje mnóstwo swobody i dostosowuje się do graczy o dowolnych preferencjach i tożsamości. Graczy, których twórcy z Lariana ewidentnie lubią. Graczy, którymi sami są – i o tym nie zapominają. W tym tkwi sekret. BG3, podobnie jak poprzednie dzieła studia, nawet te słabsze (Beyond Divinity się kłania), to owoc miłości. Do gier i ich odbiorców. To efekt pasji i skłonności do eksperymentów. Wiemy, że Belgowie nas słuchają. Wiemy, że się poprawią, jak nie w tej produkcji, to w następnej. I że w przypadku ich zapowiedzi zawsze mamy na co czekać.


Czytaj dalej

Redaktor
Hubert Sosnowski

Prawdopodobnie jedyny dziennikarz, który nie pije kawy. Rocznik '91. Szop w przebraniu. Gdzie by nie mieszkał, pozostaje białostoczaninem. Pisał do Dzikiej Bandy, GRYOnline.pl, Filmomaniaka, polskiego wydania Playboya, wydrukowano mu parę opowiadań w Science-Fiction Fantasy i Horror. Prowadzi fanpage Hubert pisuje, a odważni mogą szukać profilu na wattpadzie o tej samej nazwie. Kiedyś napisze książkę, a w jego garażu zamieszka odpicowane BMW E39 i Dodge Charger. Na pewno! Niegdyś coś ćwiczył, ale wybrał drogę ciastek. W miłości do Diablo, Baldura, NFSa i Unreal Tournament wychowany.

Wpisów4

Obserwujących0

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze