2
12.12.2021, 13:01Lektura na 7 minut

GTA: Vice City – The Definitive Edition. Serio, Rockstar? Ty też?

Gram w to nowe Grand Theft Auto: Vice City, wzdycham, kręcę głową i tak się naiwnie zastanawiam: czy w obecnych czasach da się wydać choć jedną dużą grę, nie wywołując przy tym żadnej afery?

Przesadzam oczywiście, mam tego świadomość, ale nie da się ukryć, że coś tu jest mocno nie w porządku. Popatrzcie zresztą sami: remaster Diablo II i padające serwery. New World i skandalicznie długie kolejki. Popremierowy stan Cyberpunka. Żenujący poziom Warcrafta III: Reforged. To i tak tylko kilka pierwszych tytułów, jakie przyszły mi do głowy. Teraz do tej niechlubnej grupki z hukiem, od którego pękły „internety”, dołączyły odświeżone wersje GTA. Mnie w udziale przypadło Vice City, czyli jedna z moich ulubionych odsłon cyklu.


Żyj kolorowo

Szkoda mi miejsca na wyzłośliwianie się na temat nieudanej premiery pecetowej wersji całego zbiorku (po kilku godzinach został on chwilowo wycofany ze sprzedaży, a dotychczasowi nabywcy nie mieli do niego dostępu przez cały weekend) – przejdźmy od razu do rzeczy. Vice City po raz pierwszy trafiło na rynek prawie 20 lat temu, więc nie ma się co dziwić, że wygląda kiepsko. Proste podbicie rozdzielczości nie wchodziło zatem w grę i Grove Street Games postanowiło podejść do tematu odrobinę ambitniej, wykorzystując do prac Unreal Engine. Efekty są niestety mocno dyskusyjne.

Grand Theft Auto: Vice City – The Definitive Edition

Pierwsze, co rzuca się w oczy w Grand Theft Auto: Vice City – The Definitive Edition, to znacznie cieplejsza, nasycona paleta barw. Stara wersja, choć jak na standardy serii zawsze uchodziła za luzacką, w porównaniu z nową wygląda na ucieleśnienie mroku. Wszystko – od charakterystycznej koszuli bohatera, przez elementy otoczenia i inne obiekty – nabrało radosnych, odrealnionych kolorków. Niesie to za sobą pewne konsekwencje. Zgadzam się z opiniami, że Vice City i jego mieszkańcy wyglądają teraz jak elementy wielkiej plastikowej makiety... ale nie mam z tym większego problemu. Wziąwszy pod uwagę tandetny, lukrowany klimat lat 80., w których rozgrywa się akcja gry, nie sprawia to aż tak dziwacznego wrażenia, jak mogłoby się wydawać.


Co się zbuduje, to się zrujnuje

O wiele poważniejszym problemem są potwornie okaleczone modele niektórych postaci. Rzecz jasna pierwowzór również straszył wykrzywionymi facjatami (po części z racji przyjętej stylistyki, po części z powodu ograniczeń sprzętowych), a przesiadka na nowy silnik nie jest wcale łatwą sprawą. Dlatego też jestem skłonny machnąć ręką na szklane oczy i wydęte usteczka Tommy’ego czy zbyt wąski otwór gębowy Kena. Tego, co przydarzyło się innym, nie sposób jednak wytłumaczyć.

Candy Suxxx wyraźnie przytyła, jej piersi stały się jeszcze bardziej monstrualne, głowa zmalała, ramiona zaś oklapły i prawie zniknęły, tworząc dziwaczny łuk. Phil Cassidy stracił nie tylko flagę konfederacką na koszulce, ale też wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i bruzdy na twarzy, przez co wygląda, jakby chodził w woskowej masce. Istny festiwal osobliwości, a jest tego znacznie więcej.

Grand Theft Auto: Vice City – The Definitive Edition

Trzeba jednak oddać twórcom sprawiedliwość, że pod niektórymi względami spisali się świetnie. Nowe oświetlenie w Grand Theft Auto: Vice City wygląda znakomicie, reflektory, latarnie czy neony tworzą realistyczne poświaty i odbijają się w karoseriach aut oraz mokrych powierzchniach. Znacznie lepiej (choć wciąż niedzisiejszo) wypadają też eksplozje i płomienie. Grove Street Games nie byłoby jednak sobą, gdyby i w tej kwestii czegoś nie schrzaniło.

Mowa mianowicie o wyglądzie wszelkiej maści płynów. Kałuże krwi sprawiają wrażenie gęstych niczym kisiel, rozpryski na morzu praktycznie zniknęły, a najgorszy jest rzęsisty, białawy deszcz, który przypomina gradobicie, a w nocy ogranicza widoczność niemal do zera i właściwie uniemożliwia zabawę. Irytuje też gwałtowne doczytywanie się tekstur i obiektów na oczach gracza, ale to cena za większy zasięg widzenia.


A co z rozgrywką?

Słuszne pytanie, wszak Rockstar obiecywał, że zremasterowane wersje wprowadzą zmiany także i w tej kwestii. Nie wspomniał tylko o symbolicznej skali. Jeśli ktoś zaczął przygodę z GTA od „czwórki”, może nie zdawać sobie sprawy, że wcześniej system strzelania nie przewidywał używania osłon, a prucie do wrogów polegało na wychylaniu się zza winkla całą postacią, względnie staniu w miejscu i modleniu się o to, by oni padli szybciej niż ty. Absolutnie nic się w tej kwestii nie zmieniło, bo zapowiadany „odświeżony model strzelania” sprowadza się na dobrą sprawę do ulepszonej asysty celowania i podświetlenia sylwetki aktualnie namierzonego przeciwnika. Niby fajnie, ale liczyłem jednak na więcej.


Wspomnienia powinny czasem pozostać wspomnieniami.


Podobnie ma się zresztą sytuacja z checkpointami. Po zawaleniu misji nie ma konieczności ponownego jechania do zleceniodawcy i można od razu podjąć kolejną próbę, ale dlaczego nie pokuszono się o dodatkowy zapis tuż przed tym, jak zaczną świszczeć kule? Kiedy któryś raz z rzędu trzeba tarabanić się przez całe miasto, słuchając tego samego dialogu, można stracić wiarę w ludzkość. Z ulepszoną mapą jest identycznie. Super, że dodano nawigację, gorzej, że zdarza jej się szaleć, prowadzić przez ściany budynków, a momentami w ogóle odmawiać posłuszeństwa.

Być może się czepiam, bo nikt nie obiecywał przecież gruntownego rimejku Grand Theft Auto: Vice City, a drobne wpadki można wyeliminować w łatkach. Problem w tym, że Grove Street Games najwyraźniej nie przetestowało należycie swojego dzieła przed premierą, gdyż przepuściło nawet misję, której w wyniku błędu nie dało się ukończyć. W pewnym momencie jedna z postaci żądała od Tommy’ego zdobycia ukrytej w skrzynkach broni, niestety pojemniki okazały się niezniszczalne, bo ktoś zapomniał o dodaniu hitboksów. Ręce opadają. Fakt, że zaliczenie zadania nie jest niezbędne do zamknięcia głównego wątku, nie ma tu absolutnie nic do rzeczy – w tej formie gry na 100% przejść się nie da, co jest po prostu niedopuszczalne.

Grand Theft Auto: Vice City – The Definitive Edition

Niewykluczone, że kiedy to czytacie, pożar został ugaszony, ale Rockstar nie powinien do czegoś takiego w ogóle dopuścić. Na bogów, to nie jest jakaś mała firemka, zaskoczona rozmiarem własnego sukcesu, a jeden ze światowych gigantów – jeśli nawet oni nie pilnują już, co wypuszczają na rynek, to marny nasz los.


Dziękuję, postoję

(*) Dawniej wydawała mi się znakomita, choćby dlatego, że Rockstar po raz pierwszy tak mocno zainwestował w charakter głównego bohatera – wcześniejsi byli niemi.

Co do samego Grand Theft Auto: Vice City, przykro mi to pisać, bo dzieciakiem będąc, świata poza nią nie widziałem, ale zestarzała się bardzo brzydko, a świeża warstwa pudru nie zdołała tego zamaskować. Fabuła nie ma większego sensu(*), postacie – choć wyraziste – pojawiają się na ekranie bez dobrego uzasadnienia i równie nagle z niego znikają. Sztuczna inteligencja jest słabiutka, co w przypadku misji eskortowych potrafi raz doprowadzić do szału, a kiedy indziej wywołać salwy śmiechu i kompletnie wybić z klimatu. Wyścig z członkami gangu motocyklowego to istny kabaret. Brzuchacze nie potrafią wejść odpowiednio w choćby jeden zakręt i rozbijają się co kilkanaście metrów. Drewnem bije właściwie z każdego kąta: przechodnie i policja to imbecyle, a zadania mają z reguły bardzo prostą konstrukcję.

Grand Theft Auto: Vice City – The Definitive Edition

Przyznaję, nostalgia czasem przejmowała władzę i pogwizdywałem sobie pod nosem z uciechy, ale po chwili znów coś wyprowadzało mnie z równowagi. Dobrze radzę: wspominajcie dawne czasy, ale darujcie sobie powrót do przeszłości. Tak będzie lepiej. Jeśli jednak już koniecznie musicie, na pewno nie za tę cenę, nawet biorąc pod uwagę, że cały zestaw spokojnie wystarczy na ponad sto godzin rozgrywki. Zbyt wiele tu skaszaniono.

PS Ocenę przyznałem za remaster, a grze dałbym dziś jakieś 6/10 (przed laty 9).

Ocena

Nowe oświetlenie jest świetne, poprawki w rozgrywce małe, ale przydatne, jednak cała reszta to nieporozumienie. Koślawe modele, beznadziejny deszcz, a przede wszystkim misja, której nie da się ukończyć. Serio, Rockstar? Ty też?

4+
Ocena końcowa

Plusy

  • świetne oświetlenie
  • wyraźnie widać podbicie rozdzielczości, wygładzenie krawędzi itp.
  • drobne, ale przydatne poprawki w rozgrywce

Minusy

  • usprawnienia rozgrywki nie zawsze działają, jak powinny
  • fatalnie odwzorowane płyny, beznadziejny deszcz
  • szpetne, koślawe modele niektórych postaci
  • misja, której nie da się ukończyć, to jawna kpina
  • sama gra mocno się postarzała
  • dla wrażliwych muzycznie: zmodyfikowany soundtrack
  • jakość dźwięku w dialogach kłuje już w uszy
  • sytuacja z premierą wersji PC

Redaktor
Paweł „Cursian” Raban

Jestem wielbicielem turówek i wszelkiej maści erpegów: zarówno klasycznych, jak i współczesnych. Do tego zdeklarowanym zwolennikiem tytułów dla jednego gracza, przy czym od tej zasady istnieje jeden poważny wyjątek – World of Warcraft. W Azeroth przesiedziałem więcej godzin, niż chciałbym przyznać, raz ciesząc się każdą chwilą, kiedy indziej zrzędząc na czym świat stoi. Nie wyobrażam sobie dnia bez książki (niemal zawsze fantastyki), za to spokojnie obyłbym się bez kina i seriali. Z CDA związany jestem od 2011 roku.

Profil
Wpisów3183

Obserwujących4

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane