Steam Machine jest za drogie. Valve miało świetny pomysł, ale w tym momencie traci on wiele sensu
Nie będę ukrywał, że z wypiekami na twarzy czekałem na Steam Machine. Miałem nadzieję, że Valve stworzy elegancki i mały komputer na Linuksie, który odpali wszystkie współczesne gry i będzie można podłączyć go pod telewizor albo bez większego problemu przewieźć z mieszkania do domu. Niestety po ogłoszeniu oficjalnej ceny mój entuzjazm mocno zmalał. Choć i tak kupię Steam Machine do pracy – jeśli zostanę wylosowany i w ogóle będę mógł za nią zapłacić – wam nie polecam rzucać się na sprzęt Valve. Na razie jest przy nim więcej znaków zapytania niż odpowiedzi.

Konkurencja jest za silna
Wizja małego pudełka pod telewizorem, które uruchamia całą bibliotekę Steama w 4K i 60 fps z FSR, działa na SteamOS i nie wymaga Windowsa, brzmiała świetnie. Problem polega na tym, że świetne pomysły też muszą mieć dobrą cenę, a 4389 złotych za bazowy wariant Steam Machine to kwota bardzo trudna do obrony. Nie dlatego, że to zły sprzęt. Nie mam też wątpliwości, że Valve potrafi robić świetny hardware, bo Steam Deck mnie oczarował. Problem jest dużo prostszy – Steam Machine kosztuje więcej niż PlayStation 5 Pro, a oferuje dużo mniej wydajności i gorszą jakość obrazu w grach. Miejscami jest nawet słabsze od bazowego PS5, szczególnie gdy wchodzimy w nowe gry AAA, rozdzielczość 4K i ray tracing, który dla Steam Machine jest zabójczy.
Największą siłą tego urządzenia jest jednak prostota użytkowania. Kupujesz sprzęt, logujesz się na konto Steam, podłączasz do telewizora i grasz. Doświadczenie jak na konsoli, bez składania komputera, bez kombinowania ze sterownikami i przede wszystkim bez Windowsa. Steam Machine w cenie około 3000 złotych miałoby ogromny sens. Przy takiej kwocie można byłoby powiedzieć, że spoko, może nie jest to PS5 Pro, ale daje dostęp do pecetowej biblioteki, ma fajny system operacyjny i kosztuje tylko trochę więcej od bazowego PS5. Wtedy wszystkie kompromisy sprzętowe byłyby dużo mniej bolesne.

Przy 4389 złotych sam nie wiem, co mogę wam powiedzieć. Steam Machine nie jest już „konsolą do Steama”, tylko zaczyna być drogim, niszowym mini-PC, który musi konkurować nie tylko z konsolami, ale też z gotowymi komputerami, laptopami gamingowymi i własnoręcznie składanymi pecetami. Co gorsza, niemal na każdym z tych pól przegrywa pod kątem stosunku ceny do jakości – nawet z „gotowcami z marketu”.
„Mocniejsze niż 70% pecetów” nie wystarcza
Na papierze specyfikacja Steam Machine nie jest ani bardzo dobra, ani zła – można powiedzieć, że jest średnia. Mamy 6-rdzeniowy procesor AMD, 16 GB RAM-u DDR5, 8 GB pamięci VRAM, dysk SSD NVMe w wersji 512 GB lub 2 TB i układ graficzny RDNA 3 z 28 jednostkami obliczeniowymi. To bardzo duży skok względem Steam Decka, bo według Valve Steam Machine ma sześć razy więcej mocy od Decka, i sprzęt, który powinien świetnie radzić sobie z wieloma grami w 1080p oraz 1440p przy użyciu FSR.
Problem polega na tym, że Valve reklamuje Steam Machine jako urządzenie do grania w 4K przy 60 klatkach na sekundę – i tutaj zaczynają się schody. Najbardziej zbliżonym GPU do Steam Machine jest Radeon RX 7600M lub nieco obcięta wersja RX-a 7600, czyli układu z niższej półki cenowej i to sprzed paru lat. To karta, którą wybiera się głównie do zabawy w 1080p lub 1440p z rozsądnymi ustawieniami oraz upscalingiem, ale na pewno nie do komfortowego grania w 4K w nowe gry AAA. Po przestawieniu FSR w tryb ultra wydajności można osiągnąć względnie zadowalającą płynność, ale jakość obrazu będzie daleka od tego, co oferuje np. PS5 Pro z PSSR, nie mówiąc już o natywnym 4K.

Niestety im dalej w las, tym gorzej wygląda to dla Valve. Bazowe PS5 ma starszą architekturę RDNA 2, ale konsolowa optymalizacja często czyni cuda. Gry na PlayStation są tworzone pod jeden konkretny zestaw parametrów od kilku lat. Deweloperzy wiedzą, ile mają pamięci, jak działa dysk, jaki jest procesor, jakie są limity GPU, a przede wszystkim celują w bazę około 100 milionów graczy. Steam Machine pozostaje pecetem, choć ładnie zamkniętym w konsolowym pudełku. Będzie korzystać z Protona, SteamOS i pracy Valve, ale nadal odpala gry pecetowe, które raczej nie będą specjalnie optymalizowane przez twórców pod wąską grupę posiadaczy Steam Machine, bo czas to pieniądz.
Ray tracing? Nie wiem, nie znam
Z opublikowanych wczoraj recenzji wiemy, że Steam Machine najgorzej wypada w grach z wymuszonym ray tracingiem. AMD zrobiło postęp między RDNA 2 i RDNA 3, ale nie oszukujmy się – karty pokroju RX 7600 nigdy nie były sprzętem stworzonym do RT. Dzięki recenzjom mamy już świadomość, że Steam Machine może radzić sobie dobrze w klasycznej rasteryzacji, ale po włączeniu ray tracingu sytuacja staje się dramatyczna. Cyberpunk 2077, Alan Wake 2 czy Doom: The Dark Ages działają na Steam Machine bardzo kiepsko.
Chyba najbardziej wymowny jest przykład Doom: The Dark Ages, który w swoim materiale szeroko omawia Digital Foundry. To bardzo dobry test, bo nowy Doom korzysta z silnika id Tech 8, z obowiązkowym ray tracingiem. Steam Machine nie wygląda tu jak sprzęt gotowy na komfortowe „konsolowe” 4K i 60 fps. Z testów wynika, że aby osiągnąć 60 klatek na sekundę, trzeba schodzić bardzo nisko z ustawieniami. W teście Linus Tech Tips nowy Doom wymagał odpalenia presetu „Handheld”, żeby osiągnąć 60 fps w 1080p, a o „4K i 60 fps z upscalingiem” można totalnie zapomnieć. Jak pokazuje Digital Foundry, w rozdzielczości 1440p na niskich ustawieniach graficznych Steam Machine osiąga od 35 do 40 klatek na sekundę.
Na plus należy za to zaliczyć niewielkie zużycie energii, około 180 W w szczytowym momencie, oraz bardzo dobre temperatury. W teście Steam Machine rozgrzewało się maksymalnie do 70 stopni Celsjusza i było bardzo ciche, niemal niesłyszalne.
I tu znowu wracamy do kwestii wysokiej ceny, bo gdyby Steam Machine kosztowało około 3000 złotych, nie byłbym tak rozczarowany i pogodziłbym się z pewnymi kompromisami. Jednak przy kwocie zakupu wyższej od PS5 Pro trudno jest mi to zaakceptować. Płacąc ponad 4300 złotych za sprzęt do zabawy, oczekuję sensownej wydajności w nowych grach, a przecież bazowe PS5 też nie jest gigantem ray tracingu, a radzi sobie z Doomem czy Indianą Jonesem bez najmniejszego kłopotu.
Wszyscy płacimy za kryzys na rynku RAM-u i SSD
Wydaje się, że ta cena nie wzięła się wyłącznie z chciwości Valve. Rynek podzespołów komputerowych jest dzisiaj w fatalnym miejscu, a RAM, dyski SSD i praktycznie wszystkie inne komponenty podrożały przez ogromny popyt ze strony centrów danych AI. Rok temu za RAM w Steam Machine zapłacilibyśmy trzykrotnie mniej, a za dysk SSD ponad dwukrotnie mniej.
Trzeba też pamiętać, że Valve reklamuje Steam Machine jako peceta, a nie konsolę, która często sprzedawana jest ze stratą, aby potem odbić sobie wszystko na abonamentach, prowizjach i zamkniętym sklepie. Steam Machine jest pecetem, a Valve nie chce blokować użytkownika w jednym ekosystemie, więc sprzęt musi na siebie zarabiać. Nie tak jak w przypadku PlayStation, Switcha czy Xboksa. Przecież na Steam Machine możemy zainstalować Windowsa, a gry mieć z Game Passa czy Epica i Valve nie zobaczy nawet jednej dodatkowej złotówki z naszej kieszeni.
Nie mam wątpliwości, że Steam Machine sprzeda się dobrze
Steam Machine może być naprawdę fajnym sprzętem dla bardzo konkretnej grupy odbiorców – takich, którzy mają już mocny komputer, pieniądze nie są dla nich problemem, a do tego chcą mieć niecodzienny, nowy sprzęt do grania. Jasne, 4389 złotych to raczej nie jest impulsywny zakup, jak w przypadku Steam Decka (choć ostatnio nie jest to już tak oczywiste). Nie sądzę też, że Steam Machine zdobędzie podobną popularność co inny sprzęt Valve, ale z pewnością znajdzie się wielu graczy, którzy choćby z czystej ciekawości je kupią.

Valve ma bowiem ogromny kredyt zaufania po udanym Steam Decku, a SteamOS jest bardzo dobrym systemem operacyjnym do grania. Sam pomysł peceta w konsolowej formie także nadal ma sens i na pewno znajdzie się wiele osób, które naprawdę chciałyby uciec od Windowsa i sprawdzić sprzęt „od twórców Steama dla Steama”.
Wydaje mi się, że to jednak nieco inny scenariusz niż Valve zakładało. W cenie około 3000 złotych Steam Machine byłoby świetnym komputerem „dla każdego” albo nawet drugim komputerem, który byłby na stałe podpięty do telewizora i np. umożliwiał streamowanie obrazu z głównego peceta. Za 4389 złotych mówimy raczej o drogiej zabawce dla entuzjastów, którzy już są wpisani na wszystkie możliwe listy oczekiwania, nawet jeśli stosunek ceny do jakości pozostaje wątpliwy.
Niestety nie zabezpieczycili zapasow hardware i produkt jest nieopłacalny.