Komisja Europejska odrzuciła żądania Stop Killing Games. Ponad milion podpisów nie wystarczył, by zmusić wydawców do ratowania gier

Komisja Europejska odrzuciła żądania Stop Killing Games. Ponad milion podpisów nie wystarczył, by zmusić wydawców do ratowania gier
Trzynaście stron uprzejmej odmowy.

16 czerwca Komisja Europejska zrobiła to, czego obawiała się część graczy, a na co po cichu liczyła branża. KE odpowiedziała na Europejską Inicjatywę Obywatelską „Stop Destroying Videogames” (część znanego nam ruchu Stop Killing Games) i stwierdziła, że nowego prawa nie będzie. Bruksela uznała, że nakładanie na wydawców obowiązku pozostawiania gier w grywalnym stanie po zakończeniu wsparcia byłoby – uwaga na słowo klucz – „nieproporcjonalne”.

Żeby było jasne, jak dużą wagę miała ta sprawa: to dopiero czternasta inicjatywa obywatelska w historii, która w ogóle przebiła się przez wszystkie progi i trafiła na biurko Komisji. Kampania, której twarzą jest youtuber Ross Scott (Accursed Farms), zebrała ponad 1,2 miliona zweryfikowanych podpisów z całej Unii, doczekała się wysłuchania w Parlamencie Europejskim, debaty plenarnej i osobnego posiedzenia komitetu ekonomiczno-społecznego. Była to mobilizacja, o jakiej większość branżowych akcji może tylko pomarzyć. Ale to i tak nie wystarczyło. Dziwnym nie jest, skoro w Parlamencie niektórzy europosłowie woleli się kłócić o woke”, zamiast mówić o ratowaniu gier.

Co ciekawe, sami organizatorzy w trakcie rozmów z Komisją doprecyzowali, że inicjatywa nie dotyczy gier już sprzedanych, ale wyłącznie tych, które dopiero powstaną. Innymi słowy, nikt nie domagał się wskrzeszenia zabitych już tytułów.

Dlaczego więc „nie”? Komisja rozłożyła to na czynniki pierwsze i niektóre argumenty ma akurat konkretne. Gry to złożone dzieła chronione prawem autorskim, znakami towarowymi, tajemnicą handlową i licencjami (pozdrowienia dla gier sportowych i ich umów na nazwiska oraz wizerunki zawodników). Zmuszanie wydawców, żeby po latach „odblokowywali” swoje produkcje, zderzałoby się z tymi prawami oraz z wolnością prowadzenia działalności gospodarczej. Do tego dochodzi argument, który w obecnych czasach brzmi równie cynicznie, co prawdziwie, mianowicie – branża zwija się w kłębek. Pomiędzy 2024 a 2025 pracę straciło 26% europejskich developerów. Komisja uznała, że dokładanie im kosztownego obowiązku przebudowy gier to nie jest dobry pomysł na ten moment.

Zdaniem Komisji istniejące przepisy konsumenckie już teraz dają graczom więcej, niż się wydaje. Dyrektywa o treściach cyfrowych (ta obowiązująca od 2022 roku) pozwala uznać nagłe wyłączenie gry za niezgodność z umową – jeśli tytuł znika wcześniej, niż kupujący mógł (rozsądnie) się spodziewać. A to oznacza, że ma prawo do proporcjonalnego zwrotu pieniędzy, łącznie z tym, co wydaliśmy na zakupy w grze i niewykorzystaną wirtualną walutę. Dochodzą do tego obowiązki informacyjne: sklep ma jasno mówić, jak długo gra będzie działać i na jakich zasadach można ją zamknąć. Teoria może piękna, ale kto będzie chciał się ciągać z korporacjami po sądach?

Zamiast twardego prawa Komisja proponuje kompromisy. Do końca roku chce usiąść z branżą, dystrybutorami i organizacjami konsumenckimi, by wypracować dobrowolny kodeks dobrych praktyk dotyczących „wygaszania” gier – z czytelniejszym oznaczaniem na sklepowych kartach, że dany tytuł kiedyś zniknie, oraz pomysłem na współpracę wydawców z instytucjami zajmującymi się dziedzictwem kultury.

Twórcy kampanii porażki nie uznają i zapowiadają dalsze naciski: na Parlament Europejski, na prace nad regulacjami o cyfrowej uczciwości, a także deklarują podjęcie działań na poziomie różnych krajów. Bo jedno Brukseli trzeba oddać: dobrowolna samoregulacja branży brzmi mniej więcej tak samo wiarygodnie jak obietnica wilka, że przypilnuje owiec.

7 odpowiedzi do “Komisja Europejska odrzuciła żądania Stop Killing Games. Ponad milion podpisów nie wystarczył, by zmusić wydawców do ratowania gier”

  1. Surprise, surprise…

  2. Ale gdyby EA czy inne Sony zasugerowało +20% ceny gier pudełkowych za opakowanie kaucyjne, to jeszcze by to tego samego dnia klepnęli.

  3. No kto by się spodziewał, że prawa konsumentów to tylko pusty frazes.

  4. „Gry to złożone dzieła chronione prawem autorskim, znakami towarowymi, tajemnicą handlową i licencjami (pozdrowienia dla gier sportowych i ich umów na nazwiska oraz wizerunki zawodników). Zmuszanie wydawców, żeby po latach „odblokowywali” swoje produkcje, zderzałoby się z tymi prawami oraz z wolnością prowadzenia działalności gospodarczej.” Jakoś mogę odpalić fifę world cup z 2002 i normalnie działa.

    „Do tego dochodzi argument, który w obecnych czasach brzmi równie cynicznie, co prawdziwie, mianowicie – branża zwija się w kłębek. Pomiędzy 2024 a 2025 pracę straciło 26% europejskich developerów. Komisja uznała, że dokładanie im kosztownego obowiązku przebudowy gier to nie jest dobry pomysł na ten moment.”
    No faktycznie, przebudowa jest bardzo kosztowna, patrząc na to że normalną praktyką jest, że developerzy mają wewnętrzne buildy które działają bez łączenia się z internetem.

    Ogólnie komisja bredzi a ty autorko newsa tylko dokładasz, nazywając to „konkretnymi argumentami”.

  5. Czyli teraz gry zabija woke i Unia Europejska (w sumie to przecież jedno i to samo).

  6. by wypracować dobrowolny kodeks dobrych praktyk dotyczących „wygaszania” gier
    Czekaj tatka latka, aż kobyła zdechnie, jak ponoć mawiali moi pradziadkowie.

    Niestety, nie mogę powiedzieć, żeby mnie to zaskoczyło. Przecież oni do dziś nie rozumieją, o co w tej całej inicjatywie w ogóle chodziło, bo branża odpowiednio lobbowała i wmawiała w żyda chorobę, że SKG żąda niestworzonych nielogicznych i niewykonalnych rzeczy, które są absurdalne i nieuzasadnione. Żeby jakakolwiek pozytywna dla konsumenta decyzja zapadła w takich warunkach, to chyba trzeba by im było przyciski do głosowania poprzepinać z „nie” na „tak”.

  7. Płocki Bandyta 17 czerwca 2026 o 09:40

    PirateSoftware śmieje się ostatni xD

Skomentuj