Zagrałem w kolejnego „polskiego Gothica” – Ashes of Kardoria – i zastanawiam się, czy fani Bezimiennego przełkną każde „drewno”

Zagrałem w kolejnego „polskiego Gothica” – Ashes of Kardoria – i zastanawiam się, czy fani Bezimiennego przełkną każde „drewno”
Wychowane na Gothicu pokolenie powoli zaczyna spełniać marzenia o produkcji własnych gier. Zauważam jednak pewien problem i zastanawiam się, czy twórcy nie porywają się z motyką na słońce? Do takowych przemyśleń skłoniło mnie wydane niedawno Ashes of Kardoria.

Tworzenie to najczęściej niewdzięczny zawód. Zwłaszcza kiedy zajmujesz pewną niszę, musisz zdawać sobie sprawę, iż przygotowujesz produkt dla entuzjastów, a ci są odbiorcami wybrednymi. Słusznie zauważyliście, że grom indie należy się większa promocja, i wierzcie, robimy, co możemy (również prywatnie), choć algorytmy są nieubłagane.

Niekiedy trafiają się takie perełki jak polskie Tormentum II czy Verho lub pozycje nietypowe jak Banquet for Fools czy Scriptorium! No i są jeszcze takie, ekhm, „Cralonki”. Oczywiście to tylko kilka przykładów, które przyszły mi naprędce do głowy. Gdzie na tej skali umieściłbym niefortunny przypadek Ashes of Kardoria? Naprawdę trudno stwierdzić jednoznacznie – dla niektórych ta gra będzie totalnym crapem, a dla innych miłą odskocznią.

Pomroczne fantasy

Ashes of Kardoria to pozycja opisywana jako „dark fantasy RPG, w którym decyzje mają znaczenie” i muszę wyznać, że niestety kompletnie tego nie czuję. Ostatnio zagrywaliśmy się w Dawnwalkera, więc może mam nieco przesuniętą skalę tolerancji, ale absolutnie Kardorii nie nazwałbym „mroczną”. Świat pełen potworów, ciężko pracujących chłopów i skorumpowanych strażników to trochę za mało, zwłaszcza kiedy otacza nas zieleń lasów, a w słuchawkach przygrywa idylliczna muzyka rodem z serii The Elder Scrolls. Elementy RPG są tu nieco bardziej widoczne: mamy progresję postaci, aczkolwiek decyzyjność bywa umowna. Moim największym zarzutem jest to, iż po 5 godzinach rozgrywki nadal nie wiedziałem, jaką gra ma fabułę.

Ashes of Kardoria

Trafiamy do świata, w którym trwa wojna z orkami, więc król zdecydował się wysłać ekspedycję na wyspę, skrywającą starożytne artefakty mogące przechylić szalę zwycięstwa na stronę ludzi. Wcielamy się w rozbitka cierpiącego na amnezję. Ślady po kajdanach sugerują, iż był więźniem. Więcej o przeszłości postaci przyjdzie nam się dopiero dowiedzieć. Już na samym początku poznajemy lokalnego druida (taki miks Diega i Xardasa). Ten udziela nam podstawowych wskazówek, kieruje przez prolog, a finalnie wysyła na odpoczynek, kończący się schwytaniem bohatera i teleportem do kopalni (wówczas paskudnie oświetlonej, ale zostało to już poprawione). Tyle tytułem wstępu.

Coś tam jest, coś tam tkwi

Schemat przez kolejne godziny wygląda bardzo podobnie: idź do X, przyjmij zlecenie, pobiegaj dookoła, nie mając żadnej orientacji i wiedzy o świecie, porozmawiaj lub wykonaj parę pobocznych zadań, wróć do X, aby uzyskać przepustkę do kolejnej lokacji z tamtejszym przywódcą… Z kopalni lądujemy na farmie, z farmy biegniemy do wioski, zaś z wioski idziemy do jednego z dwóch obozów, gdzie musimy przekonać do siebie miejscowych, co zajmuje jakieś 20 minut. Przerywnikami od monotonii zadań są tajemnicze sny, ale i one sprowadzają się do wybijania potworów i szukania odbić/cieni naszej postaci.

W tym wszystkim należy pamiętać, iż Ashes of Kardoria to tytuł przygotowany przez jedną osobę. Gra posiada zaskakująco dobrze wykonany dubbing (jak się dowiedziałem, jest to zasługa profesjonalnego studia), stara się unikać AI (jedynie ekrany ładowania), a całość powinna wystarczyć na 15–20 godzin rozgrywki. Eksploracja oraz eliminowanie potworów z mapy są satysfakcjonujące, a nawet wręcz dziwacznie uzależniające. Jeżeli się skusicie, polecam raczej łuk, ponieważ potyczki w zwarciu sprowadzają się do ataku i szybkiego odskoku. Natomiast hitboksy wrogów są… różne i totalnie nieintuicyjne. Obstawiam, że to wina dość skąpych animacji, ale naprawdę miałem trudności z odczytaniem, czy dany stwór już może mnie dosięgnąć swoim pazurem, kłem albo orężem.

Ashes of Kardoria

Klasycznie każdy robak, skorupiak czy inny zwierz przynosi określoną ilość doświadczenia, a że progi levelowe są dość niskie, bardzo szybko da się wyhodować potężnego herosa. Każdy zdobyty poziom daje 10 punktów nauki, które możemy rozdysponować pojedynczo na trzy cechy (siła, zręczność, wytrzymałość) do maksymalnej wartości 120 lub całościowo na dodatkowe korzyści, jak np. mocniejsze ciosy, lepsze uniki, większe bonusy za strzał w głowę. Całkiem tych umiejętności sporo i większość wydawała się przydatna w oczyszczaniu mapy. Niestety muszę was uprzedzić – opcja zabicia każdego enpeca jest niedostępna. W ogóle nie można atakować postaci niezależnych, co również stanowi celowe zamierzenie twórcy, ale i przekłada się na wyraźną umowność świata przedstawionego.

Poza miejscami zablokowanymi przez grę (dostępu do niektórych lokacji broni niewidzialna bariera) możemy wchodzić, gdzie nam się żywnie podoba, otwierać każdą skrzynię, nawet jeżeli pilnujący jej strażnik gapi się prosto na nas… i nic się nie wydarzy. Samo otwieranie zamków to system dobrze znany z innej gry studia Piranha Bytes! Po prawdzie to Ashes of Kardoria pod wieloma względami bliżej do Risena 2 niż do Gothica, ale to w sumie prawie to samo, nieprawdaż?

Faktem jest, że fani Gothica są „z drewnem” za pan brat, więc teoretycznie nie powinni narzekać. Niestety czułem się, jakbym testował demo albo wczesną wersję czegoś, co ma dopiero powstać. Oświetlenie bywa uciążliwe, a elementy otoczenia wyglądają na miks grafik z gotowych assetów. Nieczytelna walka wręcz czy animacje także sprawiają wrażenie, iż projekt znajduje się dopiero we wstępnej fazie produkcji. Przy tym cena (104,99 zł) również nie zachwyca.

Ashes of Kardoria

Kucharzu, gotuj powoli

Odnoszę wrażenie, że twórca wpadł w pułapkę, na jaką natrafia wielu młodych autorów, tak z giereczkowa, jak i poletka literackiego: zbyt dużo, szybko, ambitnie. Światotwórstwo to niezwykle skomplikowana rzecz, wymagająca sporego doświadczenia nie tylko z grami, ale również z innymi tekstami kultury (młodociani literaci – najpierw opowiadania, a potem trylogie czy dziesięciotomowe serie!). Kardoria ma potencjał, i to niemały! Dość powiedzieć, że bawiłem się tu o niebo lepiej niż w Cralonie. Nazwałbym ją więc przyjemnym średniaczkiem dla wyrozumiałych entuzjastów.

Fakt, że sytuacja branży jest, delikatnie mówiąc, nienajlepsza. Powstaje coraz więcej gier, a czasu, żeby je wszystkie poznać, nie przybywa. Premiery molochów zwykle przyćmiewają rynek twórców niezależnych, choć debiut takiego GTA VI można potraktować jako pewną okazję. Tak naprawdę od nas, graczy, zależy, czy pozwolimy wypłynąć na szerokie wody młodym i chętnym do pracy. Czy Ashes of Kardoria zasługuje na taką szansę? Postawa developera otwartego na krytykę (bo zdarzają się też inne) tudzież chęć poprawek zdają się sugerować odpowiedź twierdzącą, ale żeby projekt mógł się rozwijać – potrzebuje opinii konsumentów. Jeśli więc chcecie dołożyć parę groszy od siebie, wiecie gdzie szukać.

Dołącz do dyskusji