7
4.07.2024, 16:00Lektura na 25 minut
Wywiad

Jan Błachowicz: „Niejedną nockę zarwałem. Dzięki grom resetuję banię” [WYWIAD]

Coraz częściej natrafiamy na sportowców, którzy lubią grać w gry wideo. Swego czasu w gaming mocno wkręcił się Marcin Gortat, a teraz przyszła pora na wywiad z Janem Błachowiczem, byłym mistrzem kategorii półciężkiej organizacji UFC (aktualnie na czwartym miejscu rankingu), a także wywodzącego się z Polski KSW.


Hubert Pomykała i Wojciech Jagusz

Z Janem pogadaliśmy m.in. o Gothicu i serii Heroes of Might and Magic, konsolach, cieszyńskich salonach gier i pierwszych komputerach, serialach, „Dragon Ballu” oraz umiłowanej trylogii filmów „Władca Pierścieni” Petera Jacksona. To zresztą zapalony gracz, co udowadnia publicznie od dawna (choćby na konferencjach UFC). Ostatnio odwiedził nawet CD-Action Expo, na którym zobaczył Wioskę Gothic, gdzie stoczył… walkę z golemem.

Przed wami pierwsza z dwóch części obszernego wywiadu. Kontynuacji spodziewajcie się w przyszłym tygodniu. Zapraszamy również do sprawdzenia naszej rozmowy z Marcinem Gortatem.

Z Janem dyskutowali: Hubert „Huwer” Pomykała i Wojciech Jagusz.

Na zdjęciu (od lewej): Wojciech Jagusz (CD-Action) i Jan Błachowicz (UFC). Jan odwiedził redakcyjne stoisko podczas CD-Action Expo 2024.

Hubert Pomykała: W jaki sposób zainteresowałeś się grami wideo?

Jan Błachowicz: Poszedłem do kolegi, z którym chodziłem do podstawówki. Mieliśmy lekcje w późniejszych godzinach. Nie pamiętam, jakiego kompa posiadał, nie wiem, czy nie Atari. Pograliśmy chwilę i tak mi się spodobało, że codziennie chciałem u niego być przed lekcjami. Aby pograć. Mama mi zabraniała, no to ja, wiesz, robiłem awanturę, żeby rodzice kupili komputer itd. Nie kryje się za tym jakaś głębsza historia.

Wojciech Jagusz: A pamiętasz, co to była za gra? Co cię tak wciągnęło?

Na pewno Super Mario. Pamiętam też grę bardzo podobną do Mario, Giana Sisters (chodzi o The Great Giana Sisters – przyp. red). Poza tym Red Alert, no i Contra, czyli coś, co chyba wszyscy kojarzą. Grałem też w takiego Robin Hooda na Pegasusa. Ten Robin miał przesadzony poziom trudności, bo jak się ginęło, trzeba było biec od samego początku (Jan ma prawdopodobnie na myśli Super Robin Hooda, hardkorową platformówkę znaną m.in. z kartridży typu 4 w 1 – przyp. red.).

Do tego Street Fightery, „jedynka” i „dwójka”, przy czym to już w salonach gier. Byliśmy zresztą maniakami tych bijatyk. Co jeszcze? A, pamiętam! Takie prawdziwe wyzwanie, cała rodzina w to grała! Mieliśmy olimpiadę na Commodore’a; trzeba było „wajchlować” na lewo i prawo, żeby postacie biegły, albo w odpowiednim momencie nacisnąć przycisk, by ktoś rzucił kulą czy innym oszczepem. Mnóstwo dżojstików się na tym połamało, a najgorszy był bieg na 1000 metrów – łącznie 10 minut machania kontrolerem! To było najtrudniejsze, bo z czasem ręce puchły! Styki też leciały, i to strasznie. Niestety nie pamiętam tytułu tej olimpiady (to prawdopodobnie wydane w 1988 roku Summer Olympiad autorstwa Tynesoft bądź któraś gra z serii Summer/Winter Games – przyp. red.).


W takie Heroesy myśmy potrafili grać na jednym kompie w pięciu czy we czterech.


Jan Błachowicz

HP: Twoja przygoda z graniem rozpoczęła się od Commodore’a 64. Czy to się zgadza?

Zgadza się, Commodore 64 na stację dysków.

HP: Masz go jeszcze gdzieś?

Niestety nie. Następnie był już kaseciak, a tę wersję na dyskietki miał mój wujek i to do niego chodziliśmy grać. Później, z pieniędzy z komunii, sam kupiłem sobie C64.

HP: Czyli jesteś jednym z nielicznych ludzi, którzy widzieli pieniądze z komunii.

Właśnie ostatnio rozkminiałem o tych pieniądzach… Jakoś dziwnym trafem starczyło mi tylko na tego kompa i nic więcej, nie? (śmiech) Pytanie brzmi, czy to było tak wyliczone, że uzbierałem akurat potrzebną kwotę i nic nie zostało z tych pieniędzy, czy może mama zobaczyła, ile komp wówczas kosztował, i stwierdziła, że tyle i tyle sobie zostawi.

HP: Ja pieniędzy z komunii nigdy nie widziałem. Dobrze natomiast pamiętam mojego pierwszego peceta. Pamiętasz swojego i jego bebechy?

Nie pamiętam, bo nie jestem pod tym względem techniczny, ale jak kolega przyjechał mi wszystko poustawiać, powiedział: „O kur…, najlepszy na osiedlu”.

HP: Czyli wszyscy z okolicy przychodzili do ciebie pograć w gierki?

No może nie wszyscy; lubię się dzielić, ale bez przesady. Ale tak, wpadali, graliśmy.

Na początku był Mario. A reszta to już historia.

HP: A po C64 był od razu pecet czy Pegasus?

Pegasus.

HP: Nasz „oryginalny”, polski Pegasus czy taki przyniesiony z targu?

Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, skąd Pegasus wziął się u mnie na chacie. Wiem, że był i że dużo grałem. Pamiętam, że mój egzemplarz podłączony był do zielonego monitora. Innego nie było. Wujaszek mi to jakoś ogarnął tam z tyłu, nie wiem jak, były jakieś kable i zapałki nawtykane. Ważne, że łapało sygnał i działało.

HP: Jak wyglądało granie w Cieszynie? Wspomniałeś już o osiedlu. Śmigałeś z ekipą do okolicznych kawiarenek internetowych? A może spotykaliście się z kolegami na LAN party?

Posiedzenia typu LAN party też przeżyłem. W takie Heroesy myśmy potrafili grać na jednym kompie w pięciu czy we czterech. Z jednej strony było to spoko, ponieważ dużo się działo, ale bywało też śmiesznie, bo później czekałem na swoją kolejkę czasami po pół godziny i mówiłem: „Jedź szybciej, nie?”. (śmiech)

Kafejki internetowe też pojawiały się w moim życiu, chociaż mniej, bo wolałem salony gier, automaty. W tych pierwszych byłem parę razy, ale jak już miałem swojego kompa na chacie, to nie czułem potrzeby do nich chodzić.

HP: W co w takim razie grywałeś w salonach?

Bijatyki, strzelanki, kowboje, jakiś Piotruś Pan. Były też Street Fightery, „jedynka” i „dwójka”. One najbardziej mi się podobały. Pierwszy Tekken, o Jezu, jak to wlazło! Jak pojawiła się u nas maszyna z pierwszym Mortal Kombat, musiałem mieć więcej hajsu w „capsie” („capsy” to żetony z salonów gier, często zawierające unikatowe wytłoczenia, dzięki czemu pasowały wyłącznie do wybranych automatów – przyp. red.), bo żeby zagrać, należało wrzucić dwa żetony. Pamiętam też, że ten Mortal zainstalowany był w automacie na cztery przyciski, a gameplay wykorzystywał ich więcej. Zawsze grałem Kano, bo to była jedyna postać, którą dało się zrobić fatality dostępną konfiguracją przycisków. (śmiech)

Ponadto pamiętam Aliena, w którym łaziło się z miotaczami ognia (prawdopodobnie chodzi o Aliens z 1990 – przyp. red.). I Metal Slug. Nie wiem, jak się nazywała gra o kowbojach, ale kojarzę, że był w niej moment polegający na bieganiu po bykach i przeskakiwaniu między nimi. Na końcu każdej planszy pojawiał się oczywiście boss do rozwalenia (być może chodzi o Sunset Riders z 1991 roku – przyp. red.).

Gorące krzesła w Heroesach 3 – któż nie pamięta tej formy rozrywki?

HP: Kiedy tak na serio wkręciłeś się w granie?

Pamiętam, że kiedyś przez bite trzy tygodnie graliśmy z koleżką według takiej zasady, że przychodziłem do niego o 10.00 rano i wychodziłem o 3.00 w nocy. Wtedy stwierdziłem, że okej, chyba jestem graczem, nie? (śmiech) I że granie chyba bardzo mi się podoba. Ja to po prostu lubię, granie sprawia mi przyjemność, przy czym zachowuję balans w swoim życiu. To nie tak, że ja, wiesz, tylko gry i nic więcej. Nie mówię wyłącznie o czasach teraźniejszych, ale również o wcześniejszych latach życia. Ten trzytygodniowy maraton, gdy byłem na jednym posiłku dziennie, zdarzył mi się chyba tylko raz. No ale nocki zarywałem, zresztą niejednokrotnie.

HP: A w dzisiejszych czasach? Ile godzin tygodniowo poświęcasz na granie?

To zależy. Bywają tygodnie, gdy tych godzin jest kilkadziesiąt, ale zdarzają się też takie, w których zostaje mi zaledwie jedna godzina na grę. Mam sporo obowiązków: sport, praca, dzieciak. Gdy dysponuję chociaż jedną wolną godziną, wolę pograć dosłownie w cokolwiek, niż np. obejrzeć odcinek serialu.

HP: Czy gdybyśmy pominęli twoje życie rodzinne plus tematy okołosportowe, to czy mógłbyś powiedzieć, że granie stanowi twoją ulubioną formę spędzania czasu wolnego?

Łażenie po górach też traktujemy jako sport?

HP: Trochę tak.

No dobra. W takim razie myślę, że tak.


Przez bite trzy tygodnie graliśmy z koleżką według takiej zasady, że przychodziłem do niego o 10.00 rano i wychodziłem o 3.00 w nocy. Wtedy stwierdziłem, że okej, chyba jestem graczem, nie?


Jan Błachowicz

HP: W domu grasz głównie sam czy również z Dorotą (partnerka Jana – przyp. red)? Pokazujesz Jankowi juniorowi jakieś tytuły?

Próbuję ją namawiać, żeby czasem ze mną pograła, ale ona mówi wtedy: „A grałam kiedyś w Simsy i to właśnie one najbardziej mi się podobały”. Jedyne, w co się wkręciła mocniej, to The Last of Us. Jarała się, oglądając, jak gram. Podchodziła, patrzyła… bardzo jej się podobała fabuła i wydarzenia przedstawione w grze.

WJ: To pewnie było dla ciebie miłe. To, że ona jest obecna w „twoim świecie”.

Owszem. A dzieciak? On jest malutki, ale coś tam już mu pokazuję. Grał ze mną w Spider-Mana. Podobało mu się, jak wspólnie skaczemy po budynkach i biegamy, ale Janek jest w tym wieku, że po 20 minutach patrzenia w ekran idziemy razem zająć się czymś innym. Wiem, że syn będzie skazany na gry. Nie mogę się doczekać, kiedy zagramy razem, przede wszystkim w nieco poważniejsze produkcje.

The Last of Us, od strony fabularnej, wkręciło nawet partnerkę Jana, Dorotę.

WJ: Coś bardziej pod kooperację?

Kooperację, ale nie tylko. Chodzi o czas, kiedy to ja sobie usiądę i będę obserwował, jak on gra. Mam na myśli takie konkretniejsze produkcje, a nie jakieś biegające ludziki. Gdy będzie starszy, powiem mu: „A przetestuj ten mój tytuł, taki z dawnych lat”.

HP: „Proszę, oto Gothic!”.

WJ: Wiesz, niektóre tytuły mogą być zarówno twoje, jak i jego, ponieważ będą wychodziły kolejne części danych serii, jakieś edycje specjalne… Oczywiście nie mówimy o Heroesach, bo szanse na powstanie nowej odsłony są raczej marne, ale…

Ale mają się dobrze. Wiesz, jest cała masa ich psychofanów…

HP: I zapaleńców.

I zapaleńców. Ten świat, ta rodzina Heroesów trzyma się naprawdę dobrze. Ciągle wychodzą nowe dodatki fanowskie czy poprawki. Myślę, że taki stan rzeczy długo się utrzyma. Może nawet do tego czasu, bym mógł w nie z nim zagrać i zobaczyć, czy mu się one podobają?

HP: Wspomniałeś o The Last of Us. Zakładam, że widziałeś serial.

(Jan kiwa głową potwierdzająco)

HP: A „Fallouta”?

Widziałem „Fallouta”.

HP: I jak ci się te seriale podobały?

Bardzo mi się podobały.

HP: To chyba pierwsze seriale w historii popularnych gier wideo, które traktują je jako liczące się medium, prawda?

Zgadzam się, „Fallout” nawet bardziej mi podszedł. Łyknąłem go zresztą w całości chyba od razu. Obejrzenie „The Last of Us” zajęło mi trochę dłużej, ale odcinki zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Odnalazłem się.

HP: Przy czym TLoU to trochę inna historia niż ta przedstawiona w grze.

Nie patrzyłem na to, czy serial idzie fabularnie tak jak gra. Traktowałem go jak oddzielne dzieło. A co do Fallouta: grałem w gry z tej serii, ale totalnie nie pamiętałem tych wszystkich historii. Serial oglądało mi się więc jeszcze przyjemniej, bo bez zastanawiania się, jak pewne wydarzenia przedstawiono w pierwowzorze. I w sumie do dzisiaj nie wiem, czy odcinki szły fabularnie ramię w ramię z grami.

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE


Czytaj dalej

Redaktor
Hubert Pomykała i Wojciech Jagusz
Wpisów1

Obserwujących0

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze