Jestem w szoku – wydaje się, że GTA 6 bardziej podąża ścieżką Red Dead Redemption 2 niż GTA 5
Minuty się dłużą, chwilę dumam więc nad tym, co w ogóle przyjdzie mi obejrzeć. Nie wiem, nie wie chyba nikt prócz pracowników Rockstara. Nagle orientuję się jednak, że już dawno nie byłem tak srogo podjarany prezentacją jakiejkolwiek gry, a sam nie należę przecież do największych fanów GTA 5. Wolałem bowiem, jak flagowa seria Rockstara była nieco poważniejsza.
Netflix początkowo się zacina, ale w końcu odpalam nagranie. To „jedynie” 26 minut materiału, lecz wpatrywanie się w posklejane ze sobą fragmenty gameplayu całkowicie mnie pochłania. Niebywałe. To nie wszystko: niespodziewanie zaczynam czuć, jakbym przypadkiem dostał wszystko, o co nawet nie śmiałbym prosić.

Scenariusz z thrillera
Otwierająca wszystko scena wjazdu na traphouse (czyli miejsce, w którym do twardych narkotyków dodaje się substancje zwiększające ich objętość), zaskakuje fincherowskim suspensem. Atmosfera szybko gęstnieje. Zapominam o męczącym na dłuższą metę śmieszkowaniu trzech przerysowanych protagonistów z „piątki”.

Kurde, w „szóstce” chyba mocno poprawiono strzelanie, gdyż shotgun zdaje się mieć wreszcie odpowiedniego kopa. Co więcej, wylatujące z lufy pociski świetnie udźwiękowiono. Na ekranie bywa brutalnie, co przypomina mi o króciutkiej, aczkolwiek niewątpliwie udanej serii o dwóch zwyrolach, znanych szerzej jako Kane & Lynch. Pamiętacie ich jeszcze? Wszechobecna hollywoodzkość powoduje natomiast, iż kolejne skojarzenia biegną w kierunku słynnej „Gorączki” Michaela Manna. A to przecież doprawdy ponadczasowe dzieło kina sensacyjnego. Tak trzymać, Rockstar. To właśnie podobnych, klimatów tak bardzo mi w GTA 5 brakowało.
Arthur Morgan tu był
Wygląda na to, że w GTA 6 postacie poruszają się raczej powoli, niemniej osobiście zupełnie mi to nie przeszkadza. Dlaczego? Pozwólcie, że zacytuję w tym miejscu redakcyjnego kolegę, Karola Laskę, komentującego na redakcyjnym Discordzie oglądaną prezentację. „Najlepszy możliwy scenariusz na razie – bardziej czuć Red Dead Redemption 2 niż GTA 5”. Cholera, chłop ma dużo racji.
Jest nieśpiesznie, aczkolwiek w najlepszym znaczeniu tego słowa. Zyskujemy czas na chwilę oddechu, by pozachwycać się zachodami słońca, fizyką włosów, skokami na spadochronie, nurkowaniem i… kajakarstwem. A jakby komuś było mało wyścigów samochodowych, te wrzucone naprędce do netfliksowej zapowiedzi sugerują obecność wbudowanej ścigałki lepszej niż ostatnie odsłony Need for Speed.

Gołąbeczki
Jason oraz Lucia prowadzą ciekawe dysusje, ukazujące częściowo charakter ich relacji. Momentami czuję napięcie seksualne spajające dwójkę głównych bohaterów. Cieszą mnie również wzajemne uszczypliwości. Jasne, związek tej pary stanowi po prostu rockstarową odpowiedź na dokonania duetu Bonnie i Clyde, jednakże – całe szczęście – nie ma mowy o kartonowej jednowymiarowości antybohaterów. A, przynajmniej moim zdaniem, takimi właśnie przewidywalnymi kolesiami byli Michael, Franklin oraz Trevor (choć ten ostatni, wiadomo, potrafił zaskoczyć czymś szalonym).
Wroćmy do Grand Theft Auto 6. Jason reaguje na stres spokojem, Lucia natomiast bywa porywcza, aczkolwiek w kryzysowych sytuacjach radzi sobie niczym ryba w wodzie. Odczuwam to również wtedy, gdy dziewczyna prowadzi połyskujące w słońcu fury. Zachwycam się zarówno swoistym ciężarem modelu jazdy (GTA od lat zmaga się z problemem aut zachowujących się na drogach niczym puste pudełka na kanapki stawiane na blatach śliskich stołów), jak i dopracowaną warstwą wizualną.
Pora na drugi cytat. „Dwa miliardy dolarów czuć w każdym ruchu. Gra totalna, nikt tego nie dogoni”, zauważa Arek Ogończyk, publikujący na naszych łamach pod pseudonimem Cascad. Trudno z nim się nie zgodzić, gdyż motion capture wygląda absolutnie fenomenalnie, zaś niespełna trzydziestominutowe wideo „popisuje się” wybrzmiewającymi w tle licencjonowanymi utworami artystów z pierwszych stron gazet. Słychać Phila Collinsa, Depeche Mode i świetne Devil Woman z repertuaru Cliffa Richardsa.

Ale jak to będzie działało?
Na samym końcu zaskakuje mnie jeszcze jedna, jakże kluczowa informacja. Zastanawiam się bowiem na jakiej platformie zarejestrowano gameplay. Wtem na ekranie pojawia się napis „Captured on PS5”, co oznacza, że materiały zgrano z bazowego PlayStation 5, a nie wersji Pro. Szok! Owszem, momentami nie sposób było nie zauważyć spadku klatek, ale zapowiada się i tak nienajgorsza optymalizacja, również na słabszych konsolach. No, ale poczekajmy jeszcze z końcowym werdyktem po sprawdzeniu GTA 6 na Xboxie Series S…
Tak czy siak, wreszcie dołączyłem do hype trainu. Preorderu jeszcze nie składam (bo cyfrowe kopie się raczej nie skończą, hyhy), aczkolwiek Rockstar najwyraźniej PONOWNIE zamierza udowodnić, że pozostaje najważniejszym zawodnikiem na ogromnym, gamedevowym boisku. Skala jego najnowszego projektu powala już na poziomie przydługiego zwiastuna i tak jak wcześniej zauważył Arek, szczerze wątpię, by jakiekolwiek inne studio było w stanie dorównać „Gwiazdom Rocka”. Cóż, po prostu nie mogę się doczekać, by w drugiej połowie paskudnego, zimnego i zacinającego od deszczu listopada przenieść się do fikcyjnego Miami. Vice City czeka, a ja zamierzam zanurzyć się we wszystkich oferowanych przez miasto atrakcjach.