Te gry były tak złe, że zamordowały całe serie
Podobno jak spadać, to z wysokiego konia. Niestety taki upadek bywa wtedy wyjątkowo bolesny i pociąga za sobą nieprzyjemne konsekwencje. W przypadku gamedevu są to najczęściej: fala internetowego hejtu ze strony zawiedzionych fanów, zwolnienia wśród członków zespołu, a nawet całkowite zamknięcie studia oraz zaoranie marki.
Przykro patrzy się na niegdysiejszych bohaterów, których miesza się z błotem oraz odsądza od czci i wiary. Tym bardziej że porażka danego tytułu często nie jest winą pracującego w pocie czoła zespołu, tylko raczej decyzji „na górze”. Jakie w takim razie bywają najczęstsze przyczyny zgonu – czy też raczej morderstwa – ukochanych przez graczy serii?
Smocza zasłona milczenia
Zacznijmy od nekrologu najświeższego, bo z końcówki 2024 roku. Wtedy to właśnie zadebiutowała Straż Zasłony, kolejna odsłona Dragon Age’a. Sympatycy cyklu czekali z wytęsknieniem niemal dokładnie 10 lat na rozwinięcie wątków zaczętych jeszcze w Inkwizycji. Spodziewano się epickiej konfrontacji z Fen’Harelem i jego elfimi agentami, wielu niejednoznacznych moralnie decyzji oraz całego katalogu interesujących towarzyszy o różnych poglądach, których można by dołączyć do drużyny.
Na początku zanosiło się na to, że te nadzieje zostaną spełnione. Prace nad kontynuacją, ochrzczoną wtedy jako projekt Joplin, ruszyły niedługo po premierze Inkwizycji. Tytuł ten miał być nieco mniej obszerny pod względem treści niż poprzednia część, ale za to oferować całe fabularne mięsko z tłuszczykiem dobrego pisarstwa, które fani studia BioWare tak kochają.

W międzyczasie jednak w Electronic Arts zmieniła się koncepcja. Po co robić erpega dla pojedynczego gracza i sprzedać go tylko raz, skoro to w ciągle monetyzowanych multiplayerowych grach-usługach, jak np. Anthem, kryją się prawdziwe pieniądze? Joplin poszedł więc do piachu, zastąpiony przez Morrisona, czyli lekki i przyjemny twór nastawiony docelowo na zabawę w sieci, pozbawiony chwytających za serce historii, za to kuszący powtarzającymi się zadaniami do wielokrotnego przejścia z kolegami.
Wtedy jednak nastąpiło trzęsienie ziemi – Anthem zaliczył koszmarną wpadkę, nie podbijając ani serc, ani portfeli graczy. EA zrobiło minę zdziwionego Pikachu z mema, po czym szybciutko uznało, że w sumie to może fabularne gry single player nie są generalnie takie złe. BioWare otrzymało więc prikaz, aby w ciągu półtora roku dostarczyć iście erpegowe doświadczenie dla jednego gracza. Na tym etapie nie wystarczyło już czasu na rozpoczęcie prac od nowa, więc to, co dotąd udało się stworzyć, szybko przepisano i przeprojektowano, jakoś klejąc całość na ślinę i gumę do żucia.
Efekt? Mieszane recenzje na Steamie oraz ogromna fala krytyki, skupiająca się głównie na fabule i koszmarnie napisanych postaciach oraz dialogach pełnych marvelkowatego humorku. Faktyczna sprzedaż okazała się o wiele niższa niż prognozy, co nie zadowoliło wydawcy. Chociaż ta porażka nie pociągnęła na dno samego studia, przetrzebiona zwolnieniami ekipa devów stanowi dzisiaj tylko cień dawnej wielkości. Koniec smoczej ery mnie osobiście bardzo boli, a do tego boję się, że do listy martwych serii wkrótce trzeba będzie dorzucić także Mass Effecta, już i tak mocno osłabionego chłodnym przyjęciem Andromedy.

Święci z dzielnicy
Jednym z najpoważniejszych zarzutów stawianych Straży Zasłony było dogłębne niezrozumienie, czego oczekują fani. Kiedy z mrocznego dark fantasy próbuje się zrobić przytulną grę o sile przyjaźni i terapii, efekt raczej nie wpasuje się w gusta ultrasów, a nowych graczy też niekoniecznie przyciągnie. O czymś podobnym przekonało się studio Volition, wypuszczając w 2022 roku reboot cyklu Saints Row.
Seria ta rozpoczęła swój żywot jako klon GTA, jednak z każdą kolejną częścią odlatywała w coraz bardziej zakręcone rejony. Dość rzec, że w „trójce” jedną z dostępnych broni było wielkie, fioletowe dildo, a w „czwórce” zostawaliśmy prezydentem Stanów Zjednoczonych. Pałki nie da się jednak przeginać w nieskończoność – twórcy dotarli więc do ściany szaleństwa. Należało zatem cykl zrestartować, aby mógł złapać drugi oddech.

Z perspektywy czasu wydaje się jednak, że zabrano się do tego w możliwie najgorszy sposób. Zamiast osobliwej bandy ziomali znanej z poprzednich części dostaliśmy zbiór wypranych z osobowości „zetek”. Do tego z gameplayu wyparował gdzieś cały fun. Otrzymaliśmy szereg powtarzalnych misji bez polotu i bez tego czynnika zarąbistości, którym aż kipiały poprzednie odsłony serii. Finalnie wyszła gra teoretycznie dla każdego, ale w praktyce zatrważająco wręcz nijaka. Kiepski odbiór u recenzentów i niska sprzedaż zaowocowały niestety zamknięciem podwojów studia. RIP.
Do trzech razy sztuka?
Jak już jesteśmy przy temacie śmierci, pora na „Martwy kosmos”. Pierwszy Dead Space to świetny survival horror z 2008 roku z akcją na stacji kosmicznej, gdzie biedny inżynier Isaac musi poradzić sobie z hordą nekromorfów za pomocą m.in. piły plazmowej i rozpruwacza. Gra odznaczała się gęstą atmosferą, a przy potworach wyskakujących nagle zza rogu można było skleksować bieliznę.
Sequel nie miał już może aż takiej mocy rażenia, ale wciąż skutecznie potrafił przyprawić gracza o stan przedzawałowy. Niestety sprzedaż tego tytułu nie zadowoliła EA, a horror uznano za niszę dla specyficznego odbiorcy. Stąd też decyzja, aby grono potencjalnych zainteresowanych poszerzyć.

„Trójkę” czekało spore przemeblowanie. Wprowadzono w niej opcję grania w co-opie i postawiono na czystą akcję, zmieniając grę w typową strzelankę pozbawioną dusznego klimatu poprzednich części. Gwoździem do trumny okazały się ordynarne mikrotransakcje, obecne mimo żądania za produkt pełnej ceny. Jak łatwo się domyślić, taki obrót sprawy mało komu przypadł do gustu. Gracze zagłosowali portfelami, a seria trafiła do zamrażarki. W 2023 nastąpiła próba reanimacji marki w postaci remake’u pierwszej części. Jakościowo nie sposób mu nic zarzucić, ale ponownie nie spełnił oczekiwań finansowych wydawcy. Na powrót Isaaca w najbliższym czasie nie ma więc raczej co liczyć.
Książę jest tylko jeden
Podobnie jak na wielki comeback Księcia, czyli bohatera cyklu Duke Nukem. Ta szalenie popularna i napompowana testosteronem seria strzelanek z lat 90. zachwycała nie tylko gameplayem, ale też luzem, niegrzecznością i ukłonem w stronę filmów akcji z tamtych lat, pełnych twardzieli i żenujących one-linerów. Popularność należało wykorzystać i kuć żelazo, póki gorące. Dlatego już w 1997, rok po ukazaniu się gry Duke Nukem 3D, ogłoszono rozpoczęcie prac nad Duke Nukem Forever. Końcówkę dekady cechował ogromny skok technologiczny, jeśli chodzi o grafikę, zdecydowano się więc przesiąść na nowy silnik. I tak jeszcze kilka razy, a czas upływał…

Po drodze zmieniano koncepcje, restartowano prace, a w końcu cały projekt zamknięto ze względu na brak funduszy. Na białym koniu wjechało jednak wtedy Gearbox Software, które kupiło markę od 3D Realms i zdecydowało się doprowadzić development do końca. I tak w 2011 nareszcie pojawił się wyczekiwany DNF i… no cóż, świata nie zawojował. Okazał się produkcją prymitywną, nie tylko pod względem fabuły, ale też samych mechanik. Wiało zeń nudą zamiast przaśną kontrowersją. Książę został przymusowo wysłany na emeryturę jako relikt dawnej epoki.
To już jest koniec, nie ma już nic
Oczywiście takich przypadków „seriobójców” można by przytoczyć jeszcze całe mnóstwo. Arcania – zupełne przeciwieństwo wszystkiego, za co gracze pokochali Gothica. Deus Ex: Mankind Divided – pozycja nienajgorsza sama w sobie, ale zakończona cliffhangerem i sabotowana przez wydawcę durnym systemem pre-orderów. F.E.A.R. 3 stanowiące – podobnie jak Dead Space 3 – skok w bok ku akcji, rozmijający się z oczekiwaniami fanów.
Jaki jest więc najlepszy przepis na grę, która tak wkurzy, znudzi lub zniesmaczy odbiorców, by zawaliły się fundamenty całej dotychczas wielbionej serii? Świetnie sprawdza się sytuacja, kiedy to zarząd – bo przecież wie najlepiej! – wtrąca się nieustannie w proces produkcyjny, wymusza nagle zmianę gatunku znanej marki na inny, chwilowo bardziej dochodowy, a do tego koniecznie przyklepuje elementy multiplayera i mikrotransakcje, aby wydoić z odbiorcy jeszcze więcej pieniędzy. Zawsze pomagają też chaos organizacyjny oraz zwolnienia wśród ekipy. Dosypać do tego jeszcze szczyptę soli (okropnych pseudomłodzieżowych dialogów) i pieprzu (pójście w bezpieczną generyczność) i voilà – mamy katastrofalne i niejadalne danie jednogarnkowe z morderczymi właściwościami. Smacznego.

Andromeda – gra, jako taka, spoko. Nie licząc mega kiepskich projektów postaci ludzkich (no ale zrzućmy to na silnik). Ja tylko nie rozumiem jednego – na cholerę oni poszli w całkiem nową galaktykę? Mogli dać spin-off dziejący się równolegle do wydarzeń z trylogii. Jako agent innej organizacji moglibyśmy spotykać znane postacie, lokacje, pobawić się efektem motyla, załatać dziury fabularne.
Saint Row – dla mnie to była tragedia. Dosłownie jakby twórcy zapomnieli o co w tym wszystkim chodzi. Gówniane założenia fabularne, postacie to jedno wielkie xd. A do tego kiepski gameplay. To wypadanie przez przednią szybę, przy każdej możliwej stłuczce….
Deus ex – Tam popełnili jedną giga debilną decyzję. O ile kojarzę MD nie jest bezpośrednią kontynacją HR. Tzn. pomiędzy obiema grami była…. książka. Zła decyzja na wielu płaszczyznach.
(edytowano)
W Deus EX MD, największym problemem byli gracze. Bodaj najczęstszym zarzutem było to, że gra ma którą kampanię… No wiec robisz immersive sima z bardzo gęstym światem ukłutym pod powolną eksplorację, pełnym ukrytych przejść, znajdziek, pobocznej fabuły, toną environmental storytellingu, skradania, kombinowania itd. a potem typy grają biegając od zadania do zadania głównego wątku, waląc do wszystkiego co się rusza i na koniec maja pretensję, że ukończyli w niewiele ponad 10 godzin…
Gra oczywiście miała swoje wady, widać, że nie dano jej twórcom w pełni ukończyć, także nie wszystkie mechaniki się zawsze sprawdzały, ale pod pewnymi względami pozostaje właściwie bezkonkurencyjna.
+- się zgadzam. Dla mnie seria rebootów miała jednak jedną, dość poważną wadę. Zniechęcała do agresywnego grania. Grając strzelankowo, traciłeś dużo smaczków, dialogów, misje mogły mieć gorsze zakończenie(?). W HR to nawet expa mniej dostawałeś (choć to można tłumaczyć tym, że grając szturmowcem, miałeś mniejsze zapotrzebowanie na skile).
Brakowało mi jakiś etapów czysto strzelankowych, takich by się wyżyć i wykorzystać fajny system broni i ulepszeń.
Ale to też mój rant, że imersimy nie powinny być skradankami w domyśle.
Ze wszystkich ubitych serii chyba najbardziej szkoda mi… Medal of Honor. Airborne czy reboot MoH miały swoje pomysły, mogły trafić w niszę „bardziej realistyczny cod, ale o szybszym tempie niż BF”. Szczególnie scena z rebootu a’la końcówka Halo Reach. No ale Warfighter i próba zrobienia CODa, ale od EA… No nic, może kiedyś jeszcze dostaniemy dobrą strzelanke z ciekawym singlem, która w miarę stara trzymać się realiów otaczającego nas świata.
Och, podjarka na DNF była tak wielka, że nawet ogłoszenie Randy’ego Pitchforda jako spadkobiercy serii nie zdołało jej zdmuchnąć – jak się skończyło, wszyscy wiemy.
Swoją drogą, niech ktoś zrobi w końcu dokument o działalności Gearboxa w pierwszych dwóch dekadach XXI wieku, bo to jest pasjonująca historia z niejednym kreatywnym ksiegowym tańczącym w blasku księżyca w tle.
Weź mi nawet o Gearboksie nie wspominaj…
Nie chce mi się nawet liczyć ile komentarzy natrzaskałeś pod tym postem, ale ewidentnie widać, że masz ze sobą problem i ta strona pozwala Ci jakoś wyładować emocje. Trzymaj się chłopie. Mam nadzieje, że kiedyś Ci przejdzie ta psychoza i usilna chęć pokazywania randomom w komentarzach jaki jesteś światły i postępowy, a cała reszta to głupki i źli ludzie 🙂
Ostatnio ponownie sobie ograłem Mankind Divided, po oryginale druga najlepsza odsłona cyklu ja dla mnie.
Tak jak ubili warhammer 40k dawn od war drugą i trzecią częścią to powinno być pokazywane w szkołach, jak ubić coś co działa
Co do trójki, zgoda CAŁKOWITA. Ale dwójka? To świetna gra i swego czasu bardzo popularna. Fakt, ludzie się z początku o to zesrali, o zmianę gatunkową, ale po pierwszym szoku ludzie zaczęli ją doceniać. Zresztą, wydali do niej 2 dodatki i powstała dzięki temu trójka, więc ciężko mówić o ubiciu.
DoW nie jest martwą marką, w grudniu wychodzi nowa odsłona na modłę pierwszej części 🙂
DoW II było jeszcze fajne. Kampania była inna, multi bardziej podobne do jedynki (tak naprawdę największym błędem był retreat button – oddziały uciekające miały za duże bonusy do statystyk obronnych), ale sama gra się broniła. Wszystko zawaliła trzecia część
EA jest chyba najlepszym rzeźnikiem z całej branży, może to i dobrze że wykupili ją książęta arabscy.
A Microsoft depcze legendzie po piętach
Jakby się komuś chciało to niech utworzy listę wstydu. Wykaże kto w czasie upadku zarządzał i podejmował tak słabe decyzję. Takie osoby powinny być publicznie znane aby było od razu wiadomo co będzie z projektem. Szkoda, że tacy ludzie istnieją.
Stark przecież mówił, że DA świetna gra 😀 Dobrze, że ten jakiś dziwny boom na LGBT i woke minął i świat wraca do normalności…
Niestety jeszcze pozostały jakieś resztki tego dziadostwa, popatrz na nowe Gears of War, Wolverine i zapewne nowy God of War. Jeszcze parę lat i może się ich pozbędziemy kompletnie. Niech robią swoje własne gry a nie zabijają znane serie.
„Oni” robią swoje gry, reżyserka Laufey robiła już GoW2 na PS2.
Nie ciesz się tak. Teraz jest boom na doszukiwanie się wszędzie wykorzystania AI.
Najlepszy żart mijającego tygodnia. Ciekaw jestem, ile czasu zajmie wam zrozumienie, że wajcha, tak dla odmiany, została przekręcona do oporu w drugą stronę i zamiast rzekomej „normalności” serwujecie nam przejście z jednej skrajności w drugą? Bywało, że prowadzona z ówczesną intensywnością propaganda tolerancji (sama w sobie będąca niezwykle szczytną ideą, żeby nie było wątpliwości) przyprawiała mnie o opad rąk, ale trwająca obecnie prawicowa ofensywa kulturowa to zupełnie nowy poziom absurdu. Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak desperacko próbował dowieść, że jego punkt widzenia jest tym jedynie słusznym i w związku z tym należy narzucić go wszystkim (i mam tu na myśli WSZYSTKIM) wokół. To było męczące już kilka lat temu, teraz zaś jest kompletnie nieznośne. Cyniczni politycy piorą ludziom mózgi, a ty piszesz o „powrocie do normalności”? W sensie, że do czasów, kiedy nie zajmowaliśmy się skakaniem sobie do gardeł w Internecie? Bardzo chętnie – tyle, że marne na to szanse, tym marniejsze, jeśli któraś z aktualnie dominujących stron będzie zakładać, że owa „normalność” to inaczej zgadzanie się z jej poglądami.
wiesz jak to jest: propaganda jest zła, chyba, że propaguje się to co akurat ja lubię
Ale mi chodzi jedynie o kwestię gier, to co się dzieje teraz z prawicą czy lewicą, to mam kompletnie gdzieś. Wystarczy, że powoli wpychanie na siłę wątków/ludzi lgbt do gier/do zespołu devów się kończy. Tylko tyle i aż tyle.
Tak właśnie to sie odbywalo, sam widzialem – chodzili po ulicach, łapali ludzi, pytali czy sa LGBT, po czym porywali i wpychali do czysto heteroseksualnych zespołów developerskich wśród powszechnego poczucia strachu. To byl czas terroru.
To oczywiście bardziej realistyczny scenariusz niz zaakceptowanie, ze ludzie ze społeczności LGBT tworzyli gry od początku ich istnienia 🙃
Ja tam pamiętam że niektóre z nich były tutaj na tej stronie wychwalane.
To ze gra była ostatnią w serii i miala problemy, nie oznacza jeszcze, ze byla zla. Sam pamietam DS3 jako bardzo fajny tytul, ale z bardzo wyczuwalnym wpieprzaniem sie EA w proces tworczy. Nic dziwnego, ze gra nie odniosla komercyjnego sukcesu i EA mogla ukrecic serii leb.
a to redakcja ma obowiązek mieć wspólne zdanie?
Przede wszystkim też robienie z ludzi głupków. Skoro wychodzą sequele czy prequele to w większości gracz juz zaliczył poprzednią część. Jest starszy i ma oczekiwania! Oferujac mu odmienny front, z mikroplatnosciami i czesto jeszcze atmosferę okraszoną w standardy LGBTQ nic dziwnego że najchętniej to piz”*ł by wydawcy klawiaturą w cymbał.
To prawie tak jakby ci kretyni nie potrafili stworzyć własnych gier i zamiast tego mordują istniejące serie.
weź wyjdź dotknąć trawy, odłóż już tego 4chana
Concord i tak nic nie przebije
A Sony chciało zrobić 12 gier usług. TLOU i GOW już były w produkcji ale na szczęście ich nie dokonczyli.
Paradoks polega na tym, że The Veilguard wcale nie jest złą grą i stawianie jej w tym świetle to zwykłe nadużycie i populizm. Pod względem samej mechaniki okazała się być milowym krokiem naprzód w stosunku do Inkwizycji, nie powtórzono też błędów, które ciągnęły tamtą odsłonę w dół. Mamy więc do czynienia ze śliczną, dobrze zaprojektowaną i przemyślaną produkcją cierpiącą przez kiepski scenariusz i faktycznie bardzo kiepsko napisane postaci zupełnie nieprzystające do wcześniejszego dorobku studia. Sądzę jednak, że gdyby nie rozdmuchane do absurdalnych rozmiarów „kontrowersje”, osiągnęłaby sukces, co było jednak niemożliwe w sytuacji, gdy dosłownie cały prawicowy Internet rzucił się na nią z dziką furią w oczach (choć nie da się ukryć, że twórcy BARDZO mu to ułatwili).
A teraz poważne pytanie: czy znajduje się na sali choć jedna osoba wierząca, że nawet gdyby The Veilguard okazał się najlepszym dziełem w dorobku BioWare, to studio przetrwałoby dalsze zarządzanie przez EA, szczególnie w kontekście dokonującego się właśnie przejęcia przez Saudów? Dziecko Muzyki i Zeschuka żyje, póki stwarza pozory, że zdoła dowieść Mass Effect „5” do mety, ale w takiej atmosferze przecież nie da się pracować. No i nie da się zrobić dobrej gry, gdy przychodzi właściciel i mówi o potrzebie przerobienia jej na usługę, bo to brak tego elementu rzekomo zadecydował o porażce wcześniejszego projektu.
Podpisuję się pod komentarzem i nie uważam, że seria miałaby szansę przetrwać, nawet gdyby okazała się sukcesem.
Ale się nie okazała.
Skończyłem ją po 40 godzinach. Zdecydowanie najgorszy Dragon Age, choć to dalej dobra gra.
Z plusów:
+ jeden z lepszych endgame’ów w grach
+ powrót starych znajomych (love Morrigan i Inkwizytor)
+ przyjemna walka
+ piękny świat
Z minusów:
Niestety, choć wierzę w remaster jedynki lub kolejną część (może za następne 10 lat).
Najgorsze że jeśli prawa do serii będą mieć dalej tacy ludzie jak teraz, to pewnie wniosek jaki z tej porażki wyciągnęli to „jednak trzeba było zrobić to live service” i znowu będą ciągnąć w tym kierunku
ale Dragon Age 1 już był LGTBQ+ 🙂 tylko wtedy ludzie się o to nie wkurzali, bo nie wpadli w prawicową banieczkę.
Nie no, BioWare zawsze był mocno postępowy. W Origins mieliśmy dużo postaci LGBT + nawet orgię z naszą drużyną ( off screen co prawda). Inkwizycja wprowadziła postać identyfikującą się z płcią przeciwną. Wciąż miało to sens, chociaż czasem raziło absurdem ( np. taniec mojej elfki z cesarzową Orlais). Natomiast Veilguard pojechał już tak głęboko, że się zacząłem zastanawiać czy nie było to jakaś republikańska operacja false flag, bo premiera była typowo przed wyborami w USA, a sama gra była tym przed czym właśnie szeroko rozumiana prawica trąbiła. Już można zdjąć foliową czapeczkę xD.
Myśmy nie tańczyli z orlezjańską cesarzową, tylko z jej kuzynką, cesarzowej nam nie dano :<
Znaczy tu jak zwykle wchodzimy w dyskusję co jest złą grą, albo złą grą jak na ten budżet, albo na tą markę. Ja byłem wściekły na Veilguarda za to, że strasznie zmienił ten świat Thedas, który znałem. Jakby świat przedstawiony w poprzednich odsłonach nie podobał się twórcą, więc delikatnie go przepisywali, gdzie tylko mogli ( taki trochę case Arcanii). Wątki kosmologiczne, które mogły stanowić trzon fabuły to zostały wrzucone do poboczniaków opartych na znajdźkach i rozwinięte totalnie po macoszemu.
No i najbardziej bolało mnie olanie Dragon Age Keep, czyli serwisu, który dbał o to, żebyśmy w jednym miejscu mieli zapisane wszystkie nasze decyzje, a co za tym idzie, olanie całego mechanizmu decyzji, na którym seria mocno bazowała. W wyniku czego niektóre postaci to zupełnie inne charaktery, właśnie wspomniana przez Ciebie Morrigan, albo Izabela.
System walki był przyjemny… ale na dłuższą metę cholernie nudny, bo się nie rozwijał. Co gorsza, nie miał w sobie nic z wymagalności. Te wszystkie endgame’owe rzeczy można było bez problemu zrobić gdy tylko mieliśmy do nich dostęp (co też uczyniłem). Tak samo rozwój postaci, niby mieliśmy wielkie drzewko, które w istocie nie zmieniało nic. Eksploracja dawała tylko przedmioty kosmetyczne, które niby dawały jakieś modyfikatory, ale… no w sumie znowu nic nie zmieniały. W samym scenariuszu mieliśmy kompilację najlepszych pomysłów BioWare, które za każdym razem były wykonane gorzej, niż pierwotnie. No i ładny, ale pusty i totalnie sztuczny świat. Na targowisku pod zadaszeniem handlarze stali sztywno, bez animacji, bez dialogów, a deszcz padał przez zadaszenie jak w najstarszych modach do Gothica.
Mimo to, jest to okej gra, tylko cały czas mówimy tu o segmencie AAA, więc jest to… no nie warte zachodu.
Tak wtracę tylko z boku, bo obserwuje ten poboczny watek skupiony na rzeczywistej krytyce gry i jestem pod wrażeniem – da sie jak widac zrobic to normalnie i rzeczowo, potrzebujemy stanowczo wiecej takich glosow.
Problemem w grach nie są postacie lgbt, w tym w opcjach romansowych, w końcu wielu lubi grać postacią która im się podoba i romansować z kimś co im się podoba, jak to w rpg. A i bez tego dobrze jak to są postacie które po prostu da się lubić, jak Corteza z ME3.
Problemy się zaczynają jak poziom pisania pada na pysk, wtedy takie postacie obrywają najmocniej, nagle dużo rzeczy co mówią brzmi jak grubo ciosana propaganda, jak słynna scena z pompkami w Veilguardzie.
Grałem ostatnio w końcu w Baldura 3 i tam to jest dobrze zrobione, koncentracja jest na tym by postać byla ciekawa, choć to też uświadomiło mnie z jedną rzeczą. Dawanie tych wszystkich opcji trans generalnie psuje system romansowania, bo postacie nie mogą mieć preferencji, każdy może być z każdym. W takim Origins Morrigan dopuszczała do siebie tylko facetów, co daje impuls stworzenia konkretnej postaci
o tak, moje ulubione porównanie. Veilguard robił to źle, nie to co Baldur 3. mimo że Veilguarda to wszyscy krytykujący widzieli tylko na wybranych specjalnie materiałach na tubie, które mają włączone monetyzacje.
gdyby Baldura nie obsypali nagrodami, to byście gadali to samo o Veilguardzie, jak i o Baldurze. a tak to trochę przypał.
A tak, „My i wy”, „prawactwo i lewactwo” gdzie dwie armie lobotomitów wspierane przez boty przepychają się w najgłupszych argumentach i zgodzą się na najgorszą rzecz, jeśli jest przeciwna temu co postuluje „druga strona”.
Baldur 3 jeśli czegoś dowodzi, to to że jednak w dzisiejszych czasach da się zrobić dużą grę która jest progresywna itd, a która się podoba wszystkim stronom. Przez co jak masz inną grę co ma często większy budżet, większy sztab ludzi i jest ogółem mniej rozbudowana, więc mogą się nad czymś skoncentrować, a nie potrafi przeskoczyć tego kulturowego muru, to jednak źle wygląda
a ty grałeś w tego Veilguarda, czy tylko tak mówisz, bo widziałeś specjalnie dobrane materiały z opcjonalnych questów, których nawet nie zobaczysz, jak nie klikniesz? 🙂
Za parę lat może zagram jak mnie najdzie faza na całą serię od początku, zdarza mi tak się niezależnie od jakości poszczególnych części w seriach. Granie na premierę przy takich przypadkach to strata kasy, cena tu zwykle leci na łeb na szyję jak to przy wielkich premierach co nie do końca trafiły w cel
Może i te najgorsze dialogi stanowią tylko część gry, ale ktoś to sprawdził i przepuścił tego na tyle że montowane są całe długie kompilacje. Jeśli ktoś ma z kolei zestaw scen gdzie te tematy są poruszane z taktem i smakiem, ale widocznie algorytm je mocno ukrywa, a zwolennicy albo słabo to promują, albo sami nie grali, więc też nie mogą znaleść. Ale zakladając że reszta jest ok, to nadal wychodzi tak średnio z tendencjami w dół, co przy baldurze wypada słabo, gdzie rozpamiętuje się rozmowę z losowym kotem na ulicy
Jak zwykle winni są fani serii którzy mają inny gust niż chcieliby twórcy i nie poznali się na talencie zespołu :DMoże gdyby dyrektor gry nie robił sobie prywatnej terapii poprzez tę grę to by miała szansę na odniesienie sukcesu. A tak jest jak jest.
„Dyrektor gry”
When u spot a bot
chodziło mi o reżysera. ale jak się nie ma czego przyczepić to się trzeba przyczepić czegoś niezwiązanego z poruszonym problemem odwracając uwagę od clou problemu
Nie zawarles poza tym niczego ciekawgo, do czego warto by sie odniesc, prosta sprawa 🤷
To taka funkcja jak „kierownik imprezy”, czy o co chodzi? Jak to jest, że ilekroć ktoś wypowiada się na temat jakiejś „kontrowersyjnej” gry, za każdym razem dowodzi własnej ignorancji? Może warto czasem pomyśleć samodzielnie, zamiast ograniczać się do cytowania złotych myśli Króla Karaluchów Asmongolda?
Po co im własne mysli, jak mogą pożyczyć
To jest nawet zabawne. Asmongolda nie oglądałem i nie oglądam, a myśli i opinie też są moje. Zarzucasz mi rozsiewanie cudzych opinii tylko dlatego, bo różnią się od twoich. Ale sam wobec siebie nawet nie wpadłbyś na to, żeby zastanowić się czy to co ty uważasz to faktycznie twoje opinie czy może kogoś innego od kogo to zasłyszałeś (mówię ogólnie, a nie o czymś konkretnym). I czy w ogóle masz rację. Bo ty przecież nie możesz się mylić. Każdy kto myśli inaczej już tak.
No nie do końca bracie, bardziej dlatego, ze piszesz toczka w toczkę to samo, co rzesza (…) fanow Karaczana i nawet używasz slowa „dyrektor” mając na myśli reżyserkę. Trochę się odsłoniłeś, przyjmij to na klatę.
A co to za jakiś wybuch kompleksów, nie przejmuj się tak, to tylko komentarz w internecie 😉
Nie mam jak ci udowodnić, że jest inaczej, więc nie będę próbował. Nawet jakbym mógł to i tak byś to wyparł lub zarzucił kłamstwa. Ale ty i tak wolisz robić personalne wycieczki sugerujące tym razem kompleksy (na jakiej podstawie?) niż wejść w dyskusję na temat. Dużo to świadczy o tobie, chociaż nie jest to dla mnie zaskoczeniem.
Nie czaję o czym chciałbyś dyskutowac – o tym ze nie brzmisz jak typowy fan karaczana, mimo ze piszesz kopiujwklejki z jego spolecznosci? Przecież nic innego sie w tej wymianie zdan nie pojawilo. Troche szacunku do siebie kolego, sa lepsze wzory do naśladowania 🙂
Zaskakująco dużo wiesz o jego społeczności jak na kogoś kto się nim brzydzi i na pewno nie ogląda jego materiałów. Nie będę pytał skąd, bo i tak się nie przyznasz, ale jest to co najmniej zastanawiające.
„Człowiek zaskoczony, ze w erze globalnego obiegu informacji ktos ma informacje”
(edytowano)
Seria, której mi najbardziej szkoda to Disciples. Po genialnej dwójce powstały same odpady i sama seria w zasadzie już nawet nie dogorywa, tylko znajduje się w długiej i męczącej agonii.
Z disciples w ogóle się zdziwiłem że wyszły w ostatnich latach dwie części na konsole, niestety z wyglądem generycznego fantasy, klimat dwójki to widać był jednorazowy przypadek który się nie powtórzy
Dead Space 3 był świetną grą na coop – zwyczajnie próbowali coś nowego zrobić bo im się pomysły skończyły.
Dragon Age Veilguard mam 100 godzin ugrane – na najwyzszym poziomie bardzo dobra gra z całą masą zawartości i fajnymi zagadkami środowiskowymi. Postaci takie tam ale LORE bardzo duży i bywało kilka mocnych mrocznych momentów (głównie w pobocznych misjach)
(edytowano)
Według pana Starrka i Quetza, najnowszy Dragon Age to sukces sprzedażowy i jeden z lepszych rpg, więc nie wiem w czym problem 😀
Starrk chyba wyszedł z domu ostatnio bo dawno go nie widziałem. Ale za to Quetz nadrabia. Na 55 komentarzy 18 % należy do niego 😀
No ktoś w końcu musi tutaj poustawiać tych paskudnych prawaków. A jak nie on, to kto? 😆
BTW, ciekawe co się z Shadziem stało. Chłop poszedł zagrać w Veilguardzika i już nie wrócił. Chyba tak się załamał tym jak został przyjęty, że targnął się na własne życie.
(edytowano)
Centrala przestała opłacać wpisy i tyle.
Dodałbym jeszcze Simcity, kolejną serię zamordowaną przez EA. Ktoś uznał, że najlepszym pomysłem będzie zrobienie gry wymagającej połączenia z internetem i współpracy z innymi graczami. Nieważne, że city-buildery to gatunek przede wszystkim singlowy, gdzie chodzi o swobodę budowania swoich wymarzonych miast. Dodajmy absurdalnie mało miejsca do budowania i otrzymujemy przepis na katastrofę. Na szczęście mamy Cities Skylines, ale jednak szkoda tej klasycznej serii.